— Rozumie się! Oczekują tu na wielmożnego pana już od południa.
„Do diabła! — jął rozmyślać Castillan — sprawa zaczyna się coraz bardziej wikłać. No, w każdym razie zbadać ją trzeba! W tej chwili nie mam już nic więcej do stracenia”.
Skierował się instynktem ku drzwiom, z których wpadała do stajni smuga światła.
— To tu — objaśnił Jan, który szedł za nim, wskazując pokoik łączący się z izbą wspólną.
— Dziękuję — rzekł młodzieniec, postanawiając nie dziwić się już niczemu.
I odchylił zasłonę dzielącą go od pokoju, w którym czekać nań miała niezamawiana przezeń wieczerza.
Stół był nakryty; przy stole stał ten sam chłopiec wiejski, którego głos w sposób tak szczególny oddziałał na Sulpicjusza.
Zaledwie spojrzał nań przy świetle, gwałtowny rumieniec twarz mu rozpłomienił.
Wściekły gniew napędził mu falę krwi do mózgu.
— Marota!... A, nędznico! — krzyknął, chwytając za ramię Cygankę, którą natychmiast poznał pod wieśniaczym przebraniem.