— Przekonałaś mnie — wyznał nareszcie — choć przygody w Romorantin zapomnieć nie mogę. Jedź zatem ze mną; dwie głowy zawsze więcej warte niż jedna, zwłaszcza w okolicznościach tak wyjątkowych.
Stało się zatem, że Marota, przebrana za chłopca wiejskiego, znów zajęła miejsce przy Castillanie na tym samym wierzchowcu, który niósł ich oboje z Orleanu do Romorantin, i że niebawem oboje po Ben Joelu przybyli do Saint-Sernin.
— Idzie teraz o to — rzekł Castillan do swej sojusznicy, gdy już znajdowali się w wiosce — gdzie szukać plebanii, proboszcza i łotra, co mi skradł list i nazwisko.
— Sam rozum wskazuje, że plebania musi być przy kościele, a znajdujemy się właśnie przed dzwonnicą. Zresztą, ja znam Saint-Sernin. Pozwól, że będę twą przewodniczką.
— Nie ma więc nic takiego, czego byś nie znała!
— Co znowu! Ale znam Saint-Sernin, a tym razem to nam wystarczy.
— Śpieszmy zatem!
— Jesteś zbyt prędki. Czyż chciałbyś tak od razu wejść do mieszkania proboszcza?
— Rozumie się!
— Jakaż nieroztropność! Postawiono by cię oko w oko z Ben Joelem, który naturalnie nazwałby cię oszustem. Mimo twych zapewnień ksiądz wahałby się z uznaniem w tobie prawdziwego Castillana i być może nawet wyrzuciłby cię za drzwi, gdyż Ben Joel ma tę wyższość nad tobą, że przybył wcześniej i że posiada w ręce list Cyrana.