— Co trzeba czynić?

— Doręczyć to więźniowi — odrzekła, podając bransoletkę — ale doręczyć nie jutro, nie dziś nawet wieczorem, ale natychmiast.

„Boże! — pomyślała z boleścią — żyjeż on aby jeszcze?”

Johann wziął bransoletkę, jednak zdawał się namyślać.

— Nie jestem pewny — rzekł nieśmiało — czy będę mógł zrobić to tak prędko, jak pani pragnie. Schodzę do lochów dopiero około południa.

— Idź jak najśpieszniej: biegnij, pędź! Bóg da ci natchnienie i Bóg cię wspomoże!

Młodzieniec odszedł.

— Czekać będę na ciebie! — zawołała za nim. — Powracaj, aby powiedzieć mi wszystko, nawet najstraszniejszą wieść, której się obawiam!

I złamana zarówno ciałem, jak duszą, upadła na bruk, podczas gdy Johann podążał szybkim krokiem do gmachu więziennego.

Gdy zniknął jej z oczu, zatonęła w tej mglistej otchłani marzeń niejasnych a dręczących, które tyle ucisku wewnętrznego sprawiają, gdy czyjeś życie wisi na włosku i gdy jedna chwila stanowi o śmierci lub ocaleniu.