— Tak. Widocznie jakaś poczciwa dusza użaliła się nad dolą tego Manuela i wiedząc, jak nędznie karmią więźniów, zapragnęła pożywić go czymś smaczniejszym.
— A, wszystko, wszystko stracone! — wykrzyknęła Zilla z najwyższą boleścią, załamując ręce ruchem rozpaczliwym. — W ciągu tego czasu, który ja zmarnowałam bez pożytku u starosty, nędznik doprowadził swój zamiar zbrodniczy do skutku.
Dla Johanna ten nagły wybuch boleści był zgoła niezrozumiały. Starał się on nadaremnie uspokoić Zillę. Nie słuchała go. Straszne widzenie, które przeraziło ją przed godziną tam, w izbie starosty, znów stanęło jej przed oczami i z zatrzymanym w piersiach oddechem, z nieruchomą źrenicą, całą duszą w nim zatonęła.
Wreszcie powróciła jej świadomość rzeczywistości.
— Johannie! — przemówiła z trudnością — ja muszę go ocalić, słyszysz? Muszę! Ale trzeba koniecznie, abyś ty mi do tego dopomógł.
— Czego się pani obawia?
— Aby nie uśmiercono Manuela. Przysięgam ci wdzięczność dozgonną, zacny chłopcze, jeśli usuniesz grożące mu niebezpieczeństwo. Stanę się twoją niewolnicą; należeć będę do ciebie jak pies do swego pana.
— Cóż trzeba uczynić? — zapytał Johann, porwany tonem tego przemówienia.
Zdjęła z ręki srebrną bransoletkę i ostrzem maleńkiego sztylecika nakreśliła na niej kilka znaków niezrozumiałych dla Johanna i dla innych, ale które Manuelowi, obeznanemu z hieroglifami cygańskimi, mówiły wyraźnie o zamierzonym zamachu na jego życie i o potrzebie jak największej ostrożności.
Zaledwie skończyła to niezwykłe pisanie, młody sługa podjął na nowo: