I zbliżył się do konia, aby dopomóc Rinaldowi w przeniesieniu chorego, który niebawem złożony został w izbie na niskim, liśćmi wysłanym łóżku.

Ben Joel, przejmujący się dokładnie każdą rolą, wydał w tej chwili słabe westchnienie.

— Jeszcze żyje — zauważył wieśniak. — Trzeba go ratować. Czy wiecie, co mu jest? Może raniony?

— Nie — odrzekł Rinaldo. — Myślę, że to uderzenie krwi do głowy. Już podobno niewiele mu się należy i najlepiej byłoby sprowadzić do niego księdza.

I rozglądając się po izbie, dodał:

— Czy nie masz, przyjacielu, nieco lepszego łóżka dla tego biedaka? Wynagrodziłbym cię za nie.

— Nie, mam tylko jedno. Ale je chętnie odstąpię w takiej potrzebie.

— Zgoda. Będziesz zapłacony za swą poczciwość. Teraz pomyślmy o zbawieniu tej duszy chrześcijańskiej.

— Słusznie. Skoczę duchem po księdza proboszcza.

— Zrób to jak najprędzej — rzekł Rinaldo.