Na widok wchodzącego Rolanda podniósł się i postąpił kilka kroków, aby się z nim przywitać.

— Panie de Lamothe — rzekł hrabia — wybacz mi łaskawie, że cię odrywam od ważnych zajęć, lecz...

— Lecz — przerwał starosta, uprzedzając myśli gościa — jesteś pan niecierpliwy i pragniesz dowiedzieć się o obecnym stanie naszej sprawy.

— Nie inaczej. Zaciekawia mnie niezmiernie ten proces, nie dlatego, bym pożądał zemsty lub jakiegokolwiek osobistego zadowolenia, lecz że pragnę dojść, jakie pobudki kierowały w rzeczywistości tymi, co ten niecny podstęp wymyślili.

— Gdybyśmy chcieli wierzyć temu, co mówi oskarżony, nie byłoby tu żadnego podejścia.

— Wciąż zatem zaprzecza? — wykrzyknął Roland z doskonale udanym zdziwieniem.

— Jest niesłychanie zacięty w swym uporze. Badałem go przed chwilą właśnie.

— I cóż?

— Utrzymywał najpoważniej w świecie, że nazwisko i tytuł, które przybrał, należą mu się z prawa, i że pan hrabia wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny!

— Ja?