Nieznajoma spełniła polecenie.

— A! — rzekła Cyganka, przyjrzawszy się tej białej, delikatnej, wypieszczonej rączce, która bez obawy do niej się wyciągnęła — te linie... tak, znam te linie! Miłość... zawód... walka... Zwycięstwo lub śmierć!

— Przypominam sobie — zakończyła, cofając się z krzykiem — pani jesteś Gilberta de Faventines!

— Kto ci o tym powiedział? — szepnęła nieznajoma wzruszonym głosem.

— Zdejmij pani swą maskę. Zbyteczna jest teraz. Znaki twych przeznaczeń czytałam raz już na tej dłoni... tam u ojca pani. Po nich panią poznaję.

Instynkt nie zawiódł Cyganki. Była to w istocie Gilberta.

Córka margrabiego zdjęła maskę. Twarz jej miała wyraz energii i silnego postanowienia.

— A więc — rzekła — skoro poznałaś mnie, Zillo, udziel mi tego, o co proszę, gdyż i tobie zapewne wiadomy powód, dlaczego chcę umrzeć.

Ciemny płomień zatlił się w oczach Cyganki i wolnym głosem spytała:

— I pani zatem kochasz go tak bardzo?