— Trucizny! — wykrzyknęła Cyganka. — Przyszłaś pani do mnie po truciznę?

— Ciszej... Nie wymawiaj tego słowa, jeśli cię ono przeraża.

— Nie słowo przeraża mnie, ale rzecz sama! Nie chcę przyjmować udziału w zbrodni.

— Alboż wspomniałam ci, Zillo, o zbrodni? — rzekła wyniosłym tonem nieznajoma.

— I bez tego mogłam się była domyśleć.

— Uspokój się — rzekła tamta z goryczą w głosie. — Jeżeli kto ma umrzeć od tej trucizny, to tylko ja sama.

— Pani chcesz umrzeć, pani, tak młoda, tak bogata, tak kochana niezawodnie!

— Co cię to obchodzi. Nie po współczucie tu przyszłam. Musi nadejść, wkrótce już może, dzień taki, że śmierć będzie jedyną dla mnie ucieczką. Nad tą śmiercią muszę mieć władzę. Czarna toń Sekwany pod mymi oknami zanadto mnie przeraża; drżę również przed ostrzem stali przenikającej do samego serca. Potrzebna mi trucizna, która daje sen spokojny i uśmierca od razu, jak piorun.

Zilla zerwała się na nogi.

— W słowach i w myślach pani panuje zamęt. Proszę pokazać mi rękę.