— Unikajmy słów zbytecznych — oświadczył zaraz na wstępie. — Nie mam zamiaru odwoływać się do twej szlachetności, pragnę tylko po prostu oznajmić ci, jaki jest obecny stan twej sprawy, a zarazem ocalić od hańby nazwisko, które nosisz. Da się to jeszcze zrobić: jeśli, naturalnie, będziesz życzył sobie tego.

— Wstęp bardzo uroczysty — spróbował zażartować Roland — na nieszczęście nie dość jasny, aby obyć się mógł bez bliższego wyjaśnienia.

— Bardzo słuszna uwaga. Wyjaśnienie żądane zaraz otrzymasz. Brat twój musi być natychmiast wypuszczony na wolność...

— Chciałeś zapewne powiedzieć: Manuel? — poprawił Roland.

— Nie przerywaj. Powiedziałem: brat i słowa tego nie cofam. Otóż brat twój musi być wolny. Jeżeli znajduje się on dotąd jeszcze w Châtelet, to dlatego jedynie, że chciałem tobie dać czas do opamiętania się, do wyznania swej winy i... wynagrodzenia jej w potrzebie.

— Czego pan życzysz sobie ode mnie albo raczej: czym mi pan chcesz grozić?

— Żądam kilku słów pod adresem starosty, słów, które byłyby przyznaniem się do omyłki (zwracam twą uwagę, że nie mówię: do zbrodni, do ostatniej bowiem chwili chciałbym cię oszczędzać), następnie: wyraźnego i stanowczego potwierdzenia wszystkich praw Manuela, co jemu przywróciłoby wolność i dobre imię, tobie zaś zapewniło bezpieczeństwo i spokój sumienia. Co się tyczy środków, jakie mam przeciw tobie, dowiesz się o nich niebawem. Tymczasem odpowiedz.

— Odpowiedź moją słyszałeś już pan przy innej sposobności. Nie uznaję Manuela za swego brata i nie napiszę przyznania się, którego ode mnie żądasz.

— Przewidziałem to. A więc wysłuchaj mnie, Rolandzie. Manuel jest twoim bratem; wiesz o tym dobrze, gdyż dowód stwierdzający jego pochodzenie czytałeś w księdze Ben Joela.

Hrabia wzruszył ramionami.