— Manuela.

— Tak. Manuela, a raczej — tu opryszek zgiął się wpół, składając niski pokłon komuś nieobecnemu — jaśnie wielmożnego wicehrabiego Ludwika de Lembrat, pana na Fougerolles.

— Gdzie dowód?! — krzyknęła groźnie Zilla.

— Złożyłem go, komu należało.

— Ty!

Wykrzyknikowi temu towarzyszyło spojrzenie piorunujące.

Ben Joel nic sobie nie robił z wykrzyknika i ze spojrzenia.

— Chcesz wiedzieć, panienko, jak się rzecz odbyła? Posłuchaj.

W kilku słowach opowiedział Zilli, co zaszło pomiędzy nim a tamtymi dwoma.

Dziewczyna wysłuchała opowiadania w głębokim, prawie martwym milczeniu. Nie wyrzekła też ani słowa przez resztę dnia, którą spędziła, siedząc nieruchomo na jednym miejscu, z głową ściśniętą rękami, pogrążona w ponurej zadumie.