— Co więcej? Konie są gotowe, mogę wszędzie pojechać i wszystko zrobić! — rzekł z taką miną, jak gdyby chciał lecieć na koniec świata.

— Oddaj kartkę ciotce March. Ludko, podaj mi pióro i atrament.

Oderwawszy czystą stronę od arkusza, na którym właśnie pisała, Ludka przysunęła stół do matki. Dobrze wiedziała, że trzeba będzie pożyczyć pieniędzy na tę długą i smutną podróż, i miała poczucie, że i ona powinna dodać choćby małą sumkę dla ojca.

— Wybierz się już, mój drogi, ale się nie zabijaj zbyt prędką jazdą, bo to niepotrzebne.

Przestroga pani March widocznie poszła w niepamięć, gdyż Artur takim pędem przeleciał wkrótce koło okna na swoim wierzchowcu, jak gdyby mu szło o życie.

— Ludko, pobiegnij powiedzieć pani King, że nie mogę przyjść. Po drodze kup te rzeczy, które zapiszę, bo mogą być potrzebne. Muszę pojechać zaopatrzona we wszystko, co może się przydać choremu. Szpitale nie zawsze są dobrze zaopatrzone. Elizo, idź poprosić pana Laurence o parę butelek starego wina; duma nie powstrzyma mnie, żebym prosiła o coś dla ojca, jemu się należy wszystko, co najlepsze. Amelko, zaleć Annie, żeby przyniosła z góry czarny kufer, a ty, Małgosiu, chodź mi pomóc w szukaniu rzeczy, bo jestem tak nieprzytomna.

Biedna kobieta łatwo mogła stracić przytomność, jednocześnie pisząc, myśląc i wydając polecenia. Małgosia uprosiła ją, żeby spokojnie posiedziała w swoim pokoju, chcąc wszystko sama załatwić. Dziewczęta rozbiegły się jak liście strząsane wiatrem, a ten cichy, szczęśliwy dom został nagle rozbity, jak gdyby ów papier rzucił złe czary.

Zacny pan Laurence przyszedł spiesznie z Elizą, przynosząc wszystko, co tylko mógł obmyślić dla wygody chorego; obiecał przy tym opiekować się dziewczętami w czasie nieobecności matki. Nie było rzeczy, której by nie ofiarował, począwszy od szlafroka, aż do swej osoby do towarzystwa w podróży, ale to ostatnie było niemożliwe. Pani March nie chciała słyszeć, aby starzec podejmował takie trudy, jednakże było widać ulgę na jej twarzy, gdy o tym mówił, bo niepokój źle usposabia do drogi. Gdy zrozumiał, co znaczy ta zmiana fizjonomii, ściągnął gęste brwi, zatarł ręce i nagle odszedł, mówiąc, że zaraz powróci. Nikt nie miał czasu o nim pomyśleć, kiedy Małgosia, biegnąc koło drzwi, z kaloszami w jednej ręce, a z filiżanką herbaty w drugiej, wpadła nagle na pana Brooke’a.

— Z wielką przykrością posłyszałem o tym co tu zaszło, miss March — rzekł przyjaznym i spokojnym tonem, który sprawił bardzo miłe wrażenie na jej skołatanym umyśle, i przyszedłem ofiarować się matce pani, jako towarzysz podróży. Pan Laurence ma dla mnie zlecenia do Waszyngtonu, a przy tej sposobności będzie mi prawdziwie miło oddać się jej na usługi.

Kalosze spadły na ziemię, a herbata o mało nie poszła za nimi, gdy Małgosia wyciągnęła rękę, a jej twarz wyrażała taką wdzięczność, że pan Brooke czułby się wynagrodzony za daleko większe poświęcenie niż to drobne, jakie chciał uczynić z czasu i wygody.