— Czemu sama nie idziesz? — zapytała Małgosia.

— Bywałam co dzień, ale najmłodsze dziecko jest słabe i nie wiem, jakby mu radzić. Humlowa chodzi do roboty, a nad nim czuwa Karolinka, ale coraz jest słabsze i słabsze. Zdaje mi się, żeście wy powinny pójść albo Anna.

Eliza powiedziała te słowa tak serio, że Małgosia obiecała pójść nazajutrz.

— Poproś Annę o coś dobrego do jedzenia i zanieś im sama, Elizo, powietrze ci posłuży — odezwała się Ludka i dodając dla wytłumaczenia się: — Poszłabym, ale chcę skończyć powieść.

— Mnie głowa boli i jestem zmęczona, więc myślałam, że któraś z was pójdzie — powiedziała Eliza.

— Amelka zaraz wróci, to pobiegnie za nas wszystkie — odezwała się znów Małgosia.

— Odpocznę trochę i zaczekam na nią.

Eliza położyła się więc na sofie, siostry wróciły do swych zajęć, a Humlowie poszli w zapomnienie. Godzina minęła, Amelki jeszcze nie było. Małgosia udała się do swego pokoju, żeby przymierzyć nową suknię, Ludkę pochłonęła powieść, Anna spała przy kominie, gdy Eliza ubrała się po cichu w kapturek, napełniła koszyk okrawkami i resztkami dla biednych dzieci i wyszła na chłodne powietrze z ociężałą głową i smutną miną. Wróciła późno i niespostrzeżona zamknęła się w pokoju matki. W pół godziny potem Ludka poszła po coś do „szafki mamy” i zastała tam Elizę przy skrzynce z lekarstwami. Miała twarz bardzo smutną, oczy zaczerwienione, w ręku trzymała flaszeczkę kamfory.

— Krzysztofie Kolumbie! Co się stało? — zawołała Ludwisia, gdy Eliza wyciągnęła rękę, jak gdyby dla odsunięcia jej, i zapytała żywo:

— Miałaś już szkarlatynę99, prawda?