Rozdział XVIII. Ponure dni

Eliza dostała szkarlatyny daleko cięższej niż ktokolwiek przypuszczał, oprócz Anny i doktora. Dziewczęta nie były obeznane z chorobami, a pana Laurence’a nie wpuszczano. Anna robiła zatem, co chciała, zwłaszcza, że doktor Bang zajęty praktyką, czynił wprawdzie, co mógł, lecz w wielu rzeczach zdawał się na doskonałą pielęgniarkę. Małgosia nie chodziła do państwa Kingów, żeby nie zarazić ich dzieci, i prowadziła gospodarstwo; bardzo była niespokojna i czuła się trochę winna, że nie wspomina w listach o chorobie Elizy. Nie mogła uważać za właściwe, że oszukuje matkę, ale miała zalecone być posłuszną Annie, która słuchać o tym nie chciała, by „zawiadomić panią March i nabawić ją trwogi dla takiego drobiazgu”. Ludka dni i noce poświęcała siostrze. Nie był to ciężki trud, bo Eliza była bardzo cierpliwa i znosiła ból bez skargi, póki mogła panować nad sobą. Lecz przyszedł czas, kiedy w paroksyzmach101 gorączki zaczęła mówić chrypliwym, urywanym głosem, grała na kołdrze, jakby na swym ulubionym fortepianie, i próbowała śpiewać z tak zapuchniętym gardłem, że nie wydobywał się z niego dźwięk. Nie poznawała nikogo, nie nazywała otaczających osób właściwymi imionami i błagalnie wołała matkę. Wówczas Ludka zlękła się, Małgosia prosiła o pozwolenie napisania prawdy, i nawet Anna mówiła, że „pomyśli o tym, chociaż nie ma jeszcze niebezpieczeństwa”. List z Waszyngtonu powiększył ich niepokój, pan March miał bowiem nawrót choroby i nie mógł myśleć o prędkim powrocie do domu.

Jakże ponure wydawały się teraz dni, jak smutny i opuszczony był dom i jak ciężko było dziewczętom na sercach, gdy im czas schodził na pracy i oczekiwaniu, a cień śmierci unosił się nad ogniskiem tak niegdyś szczęśliwym. Małgosia często w samotności skrapiała robotę łzami, myśląc nad tym, jak była bogata w rzeczy cenniejsze niż zbytki otrzymywane za pieniądze: w miłość, opiekę, spokój i zdrowie, te błogosławione dary życia. Ludka pędziła życie w przyciemnionym pokoju cierpiącej siostrzyczki i smutny jej głos ciągle brzmiał jej w uszach. Nauczyła się oceniać piękną i słodką naturę Elizy. Przekonała się jak głębokie i tkliwe miejsce zajmuje we wszystkich sercach, z jakim wyrzeczeniem się siebie żyje dla innych i uszczęśliwia cały dom, objawiając te proste cnoty, które każdy może posiadać i powinien miłować więcej niż talent lub urodę. Amelka na swym wygnaniu serdecznie pragnęła być w domu, żeby coś zrobić dla Elizy, czuła, iż żadna praca nie byłaby zbyt ciężka i nużąca. Przypominała sobie z żalem i smutkiem, jak wiele zaniedbanych robót wykonywała za nią chętnie siostrzyczka. Artur błąkał się po domu jak pokutująca dusza, a pan Laurence zamknął wielki fortepian, bo nie mógł znieść wspomnienia młodej sąsiadki, która mu tak uprzyjemniała szarą godzinę. Wszyscy tęsknili za Elizą: mleczarz, piekarz, korzennik i rzeźnik zapytywali o jej zdrowie. Biedna Humlowa przyszła usprawiedliwić swą nieuważność i prosić o całun dla Miny; sąsiedzi przysyłali pozdrowienie i życzenia, i nawet osoby znające najlepiej Elizę dziwiły się, że mimo nieśmiałości zjednała sobie tak dużo przyjaciół.

Tymczasem ona leżała na łóżku ze starą Joanną, bo nawet będąc nieprzytomna pamiętała o swej nieszczęśliwej protégée102. Tęskniła do kotów, ale nie chciała, żeby je przynoszono z obawy, że zachorują, i w spokojniejszych chwilach trwożyła się o Ludkę. Przesyłała czułe pozdrowienia Amelce, prosiła, aby pisano do matki, że wkrótce odbierze od niej list, i często kazała sobie podać ołówek i papier na próbę, żeby ojciec nie przypuszczał, że go zaniedbała. Lecz niedługo ustały nawet te krótkie błyski przytomności i godzinami leżała, rzucając się w tę i w ową stronę z bezładnymi słowami na ustach, lub wpadała w ciężki i nieorzeźwiający sen. Doktor Bang bywał dwa razy dziennie, Anna siadywała po nocach, Małgosia miała w stoliku przygotowany telegram do wysłania w każdej chwili, a Ludka nie ruszała się od łóżka Elizy. Pierwszy grudnia był dla nich prawdziwie zimowym dniem, dął bowiem silny wiatr, padał gęsty śnieg i rok zdawał się chylić ku śmierci. Gdy doktor Bang przyszedł owego ranka, długo patrzył na Elizę, trzymał chwilę gorącą rączkę i położył ją ostrożnie, mówiąc cichym głosem do Anny.

— Jeżeli pani March może odstąpić od męża, to lepiej ją wezwać.

Anna skinęła głową w milczeniu, bo usta jej drgały nerwowo. Małgosia padła na krzesło, jakby ją opuściły siły. Ludka stała chwilę z bladą twarzą, potem wybiegła do pokoju bawialnego, schwyciła telegram i zarzuciwszy na siebie ubranie, wyszła żywo na wzburzone powietrze. Wkrótce wróciła i gdy po cichu zdejmowała okrycie, nadszedł Artur z listem donoszącym, że panu March znowu się polepszyło. Przeczytała go z wdzięcznością, lecz ciężar przygniatający jej serce był tak widoczny i twarz tak zgnębiona, że Artur zapytał z niepokojem:

— Co się dzieje? Czy Eliza ma się gorzej?

— Wezwałam mamę — rzekła Ludka, ściągając gwałtownie gumowe kalosze, z tragicznym wyrazem twarzy.

— Bóg z tobą, Ludko! Czyś to zrobiła sama przez się? — zapytał Artur, po czym posadził ją na krześle w sieni i zdjął uparte obuwie, widząc, że ręce jej drżą.

— Nie, doktor zalecił.