— Ach, Arturze! taka jestem uszczęśliwiona!

Przestała płakać, jak gdyby straciła zmysły skutkiem tej nagłej wiadomości. Artur, chociaż niezmiernie zdumiony, zachował się bardzo przytomnie, głaskał jej rękę dla uspokojenia i widząc, że przychodzi do siebie, lękliwie pocałował parę razy, co ją zaraz otrzeźwiło. Chwyciwszy się poręczy, odsunęła go łagodnie i rzekła, ciężko oddychając:

— O, przestań! Ja tego nie chciałam! To było okropne z mojej strony, ale okazałeś tyle dobroci, uczyniwszy to mimo woli Anny, że się nie mogłam powstrzymać i rzuciłam ci się na szyję. Powiedz mi wszystko i nie dawaj już wina, bo gdyby nie ono, z pewnością nie postąpiłabym w ten sposób.

— Wcale się nie gniewam — odrzekł Artur ze śmiechem, i posadził ją na krześle. — Widzisz, zaniepokoiliśmy się obaj z dziadkiem i zdawało nam się, że Anna przekracza swe prawa i że matka powinna wiedzieć co się dzieje. Nigdy by nam nie wybaczyła, gdyby Eliza... gdyby się stało... rozumiesz. Powiedziałem zatem dziadkowi, że już najwyższy czas, byśmy coś przedsięwzięli, i wczoraj pobiegłem do biura telegraficznego, bo doktor miał ponurą minę. Anna odebrała mi do reszty otuchę, gdy zaproponowałem wysłanie depeszy, utwierdziła mnie w tym zamiarze. Mama przyjedzie z pewnością ostatnim pociągiem, który przychodzi o drugiej. Pojadę po nią, ale musisz poskramiać radość i utrzymać Elizę w spokoju, dopóki ta błogosławiona pani nie przybędzie.

— Arturze, jesteś aniołem! Jakże ci podziękuję?

— Rzuć się jeszcze raz w moje objęcia; jakoś mi się to podobało — odrzekł z figlarną minką, jakiej nie widziano u niego od dwóch tygodni.

— Nie, dziękuję ci, zrobię to przez zastępstwo, jak przyjdzie twój dziadek. Zamiast mnie dręczyć, idź do domu i połóż się, bo się nie położysz aż późno w nocy. Niech cię Bóg błogosławi, Teodorku... niech cię Bóg błogosławi!

Po tych słowach schowała się w kąt, potem szybko pobiegła do kuchni i usiadłszy, opowiadała zebranym kotom, że jest szczęśliwa, ach, taka szczęśliwa! — Artur zaś odszedł z wewnętrznym poczuciem, że dobrze postąpił.

— To największy w świecie wścibski, ale mu przebaczam i mam nadzieję, że pani March przyjedzie w samą porę — rzekła Anna z ulgą w sercu, gdy Ludka przyniosła jej tę wiadomość.

Małgosi radość była cicha; rozmyślała o liście, podczas gdy Ludka porządkowała w pokoju chorej „dla niespodzianego gościa”. Zdawało się, że powiew świeżego powietrza przeniknął cały dom, że coś lepszego niż promienie słoneczne ogrzało ciche pokoje i że wszystko odczuło tam szczęśliwą zmianę. Ptaszek Elizy znowu zaczął świergotać na oknie, róża Amelki rozwinęła się do połowy na krzaku, ogień palił się niezwykle wesoło, a pobladłe dziewczęta, ile razy spotkały się z sobą, z uśmiechem ściskały się wzajemnie, szepcąc dla dodania sobie otuchy: ”Mama przyjedzie, moja droga! Mama przyjedzie!”. Wszyscy się cieszyli prócz Elizy, która leżała w ciężkim odrętwieniu, jak gdyby nieświadoma nadziei, radości, zwątpienia i niebezpieczeństwa. Był to smutny widok: ta niegdyś różowa twarzyczka tak była zmieniona i wychudła, te niegdyś pracowite rączki tak nieruchome, a piękne i dobrze utrzymane włosy tak twarde i potargane leżały na poduszce. Cały dzień spoczywała, niekiedy budząc się tylko by szepnąć: „wody” tak spalonymi ustami, że z trudnością mogły wymówić to słowo. Cały dzień Ludka i Małgosia czuwały nad nią troskliwie, z ufnością w Boga i matkę.