Ludka prawie nie słyszała jej słów, bo obie z matką czytały list napisany szczególnym charakterem pisma.
Moja najdroższa Małgorzato!
Nie mogę dłużej hamować mej namiętności i zanim powrócę, muszę się dowiedzieć, jaki los mnie czeka. Nie śmiem jeszcze oświadczyć się rodzicom, ale sądzę, że daliby pozwolenie, gdyby wiedzieli, że się wzajemnie uwielbiamy. Pan Laurence pomoże mi znaleźć dobre miejsce, a wówczas, słodkie dziewczę, uszczęśliwisz mnie. Błagam cię, nie mów jeszcze o tym rodzinie, lecz prześlij słówko nadziei przez Artura
oddanemu Ci
Janowi
— Ach, łobuz! Chciał mi się odpłacić za to, że dotrzymałam mamie słowa. Serdecznie go wyłaję i sprowadzę go tu, żeby cię przeprosił! — zawołała Ludka, rwąc się do tego, by natychmiast wymierzyć sprawiedliwość; ale matka wstrzymała ją i rzekła z wyrazem twarzy, jaki jej się rzadko zdarzał:
— Zaczekaj, Ludko, musisz się wpierw wytłumaczyć. Spłatałaś już tyle figli, że boję się, czyś i do tego nie przyłożyła ręki.
— Daję słowo, że nie! Nawet nie widziałam tego listu i nie mówił mi o nim! Przysięgam na życie! — rzekła tak serio, że jej obie uwierzyły. — Gdybym miała w tym udział, napisałabym lepiej i rozsądniej. Powinnaś wiedzieć, że pan Brooke nie prawiłby takich niedorzeczności — dodała, wzgardliwie rzucając papier na ziemię.
— To podobne do jego pisma — bąknęła Małgosia, porównując z listem trzymanym w ręku.
— Ach, Małgosiu, chyba nie odpowiedziałaś! — wykrzyknęła żywo pani March.