— Gdybym tylko miała jedwabną suknię — westchnęła Małgosia. — Mama mówi, że może dostanę, jak będę mieć osiemnaście lat, ale to długo czekać dwa lata!

— Nasze popelinowe suknie wyglądają jak jedwabne i jak dla nas są wystarczająco ładne. Twoja jest jak nowa; ale zapomniałam, że moja przypalona i rozdarta! Cóż ja pocznę? Przypalenie okropnie widoczne, a nie mogę nic wyjąć.

— Musisz siedzieć jak najspokojniej i nie obracać się tyłem, przednie bryty17 są całkiem dobre. Wezmę nową wstążeczkę na głowę, mama mi pożyczy szpilki z perełką, trzewiczki mam ładne, i rękawiczki ujdą, chociaż nie tak ładne, jak bym chciała.

— Ja swoje zniszczyłam lemoniadą, a nie mogę kupić innych, więc pójdę bez rękawiczek — rzekła Ludka, nietroszcząca się wiele o ubranie.

— Musisz mieć, bo inaczej nie pójdę! — zawołała Małgosia stanowczo. — Rękawiczki są najważniejsze ze wszystkiego. Nie można bez nich tańczyć, a gdybyś nie tańczyła, toby mnie tak zmartwiło.

— To zostanę w domu. Nie bardzo dbam o wieczorki taneczne. Co to za przyjemność kręcić się w kółko? Ja lubię skakać i biegać.

— Nie możesz prosić mamy o nowe, bo to dużo kosztuje, a tyś taka niedbała; jak zniszczyłaś tamte, zapowiedziała ci, że innych tej zimy nie kupi. Czy nie mogłabyś sobie jakoś poradzić? — zapytała Małgosia troskliwie.

— Mogę je trzymać zwinięte w ręku, żeby nikt nie widział, że są poplamione, nic więcej nie wymyślę. Nie! Powiem ci, jak to możemy urządzić: każda włoży jedną dobrą, a w ręku będzie trzymała złą; rozumiesz?

— Masz większe ręce od moich, to mi ją strasznie rozciągniesz — odezwała się Małgosia, bo rękawiczki były jej słabą stroną.

— A więc pójdę z gołymi rękami. Nie dbam o to, co ludzie powiedzą! — zawołała Ludka, biorąc się na powrót do książki.