— Ja tak samo. Zostań pan, chyba że wolisz odejść.
Chłopiec usiadł na powrót i przyglądał się swym butom, ale Ludka, chcąc się okazać grzeczna i swobodna, rzekła:
— Zdaje mi się, że pana już widziałam, mieszkasz obok nas, nieprawdaż?
— Po sąsiedzku. — Spojrzał na nią i roześmiał się głośno, bo jej sztywne zachowanie się bawiło go w porównaniu z tamtą rozmową o krykiecie, gdy odniósł do domu jej kota.
To ją zupełnie ośmieliło. Roześmiała się także i rzekła serdecznie:
— Tak nas ucieszył pana podarek na Boże Narodzenie.
— To mój dziadek go przysłał.
— Ale pan mu nasunąłeś tę myśl, nieprawdaż?
— Jak się ma kotek, panno March? — zapytał, przymuszając się do poważnej miny, chociaż czarne oczy błyskały mu figlarnie.
— Zdrów, dziękuję ci, panie Laurence, ale ja nie jestem panną March, tylko Ludką — odrzekła panienka.