— Według mnie komplementy nie mają sensu i będę ci wdzięczna, jak przestaniesz psuć mi przyjemność takimi bredniami. Artur to miły chłopiec, lubię go, ale nie chciałabym mieć sentymentalnego upodobania w komplementach i tym podobnych głupstwach. Wszystkie będziemy dobre dla niego, bo on nie ma matki, i będzie nas mógł odwiedzać, prawda, mamo?
— Tak, moja Ludko, twój mały przyjaciel będzie mile widziany i spodziewam się, że Małgosia nie zapomni, iż dzieci powinny być dziećmi jak najdłużej.
— Ja siebie nie nazywam dzieckiem, ale też nie uważam się za dorosłą pannę — odezwała się Amelka. — Cóż ty powiesz, Elizo?
— Ja myślałam o naszej „pielgrzymce” — odpowiedziała Eliza, która nie słyszała ani słowa. — Gdyśmy się wydobyły z „przepaści” postanowieniem poprawy, wyszłyśmy na strome wzgórze mocą usiłowań, a ten dom pełen przepysznych rzeczy będzie może naszym „pięknym pałacem”.
— Musimy wprzód pokonać lwy — rzekła Ludka, mająca na to widoczną ochotę.
Rozdział VI. Eliza znajduje „Piękny pałac”
Duża kamienica okazała się „Pięknym pałacem”, ale sporo czasu upłynęło, zanim się tam dostały i Eliza obawiała się pokonywania lwów. Stary pan Laurence był z nich największym, ale gdy je odwiedził, gdy powiedział coś wesołego i miłego każdej dziewczynce i pogawędził o dawnych czasach z matką, żadna go się nie bała prócz nieśmiałej Elizy. Drugim lwem okazało się to, że one były ubogie, Artur zaś bogaty, gdyż nieśmiało przyjmowały grzeczności, nie mogąc ich odwzajemnić. Po jakimś czasie przekonały się jednak, że uważa je za swoje dobrodziejki i sam nie wie, jak objawić wdzięczność pani March za matczyne przyjęcie, a dziewczętom za wesołe towarzystwo i uciechy, jakich doznawał w ich ubogim domku. Wkrótce zapomniały więc o swojej dumie i nie zastanawiały się nad tym, która strona wyświadcza więcej przysług.
Różne pomyślne rzeczy zdarzyły się w owym czasie, a ich nowa przyjaźń wzrastała jak trawa na wiosnę. Wszystkie lubiły Artura, a on się zwierzył nauczycielowi, że panny March to „doskonałości”. Z uroczym zapałem młodości wzięły samotnego chłopca do swojego grona i zajmowały się nim gorliwie, jemu zaś niewinne towarzystwo tych serdecznych dziewcząt wydawało się czarujące. Nigdy nie znał matki i nie miał sióstr, więc łatwo mogły na niego wpływać, a pracowitością i ruchliwością zawstydzały go, że wiedzie tak ociężałe życie. Znużony był książkami i obcowanie z ludźmi wydawało mu się tak zajmującą rzeczą, że sprawozdania pana Brooke stały się bardzo niepochlebne, bo Artur wałęsał się i ciągle uciekał do domu pani March.
— Nie troszcz się pan, daj mu wakacje, a później odzyskasz ten czas — mówił stary gentleman. — Ta nasza dobra sąsiadka powiada, że za wiele się uczył i że mu potrzeba młodego towarzystwa, rozrywek i ruchu. Zdaje mi się, że ma słuszność i że rozpieszczałem chłopca, jak gdybym był jego babką. Pozwól mu robić co zechce, póki mu z tym dobrze. Nie może pobłądzić w tym małym zakonie, a pani March więcej zrobi mu dobrego niż my obaj.
Jakże się bawiło to młode grono! Urządzali żywe obrazy, ślizgawki, kuligi, a jakie przyjemne wieczory bywały w starym bawialnym pokoju, jakie zebrania w wielkim domu! Małgosia mogła się do woli przechadzać po cieplarni i rozkoszować się bukietami, Ludka łakomie korzystała z biblioteki i swymi sądami pobudzała starego gentlemana do konwulsyjnego śmiechu, Amelka kopiowała obrazy i używała piękna, Artur zaś z elegancją odgrywał rolę gospodarza.