Pożyteczny i wesoły!


Ślub w maskach

Powieść wenecka

Jedna gondola po drugiej przypływały pod marmurowe schody, zostawiając tam swe lube ciężary, które pomnażały błyszczące tłumy gości hrabiego de Adelon. Królowie i damy, karły i paziowie, mnichy i kwiaciarki — wszyscy wesoło pląsali. Słodkie głosy i dźwięczne melodie napełniały powietrze; maskarada zaczęła się więc od wesołości i muzyki.

— Czy Wasza Wysokość widziała dziś lady Violę? — zapytał grzeczny trubadur, prowadząc przez salę piękną królową wspartą na jego ramieniu.

— Widziałam. Czy nie ładna mimo smutku? Ubrała się odpowiednio do swego usposobienia, bo za tydzień poślubi hrabiego Antonia, którego nienawidzi z całego serca.

— Klnę się życiem, że mu zazdroszczę. Oto nadchodzi w stroju pana młodego, ale w czarnej masce. Gdy ją zdejmie, zobaczymy, jak się wpatruje w piękną dziewicę, której serca nie może zdobyć, chociaż otrzymał jej rękę od srogiego ojca — odrzekł trubadur.

— Ktoś mi tu szepnął, że ona kocha młodego Anglika, artystę, który ciągle stara się zbliżyć do niej, ale stary hrabia go odsuwa — powiedziała dama, po czym przyłączyli się do tańczących.

Zabawa szła w najlepsze, kiedy się ukazał ksiądz i poprowadziwszy oblubieńców do alkowy zasłoniętej pąsową aksamitną firanką, kazał im uklęknąć. Wesoły tłum umilkł i tylko szmer fontann i szelest pomarańczowych gajów drzemiących przy świetle księżyca przerywały tę ciszę, gdy hrabia Adelon przemówił: