— Ale czy nie możesz mi dać jakiejś nadziei, że kiedyś się to zmieni?

— Nie, nie mogę! — zawołała Ania z rozpaczą. — Nigdy... nigdy nie mogę cię kochać... w ten sposób, Gilbercie! Nigdy już nie mów ze mną o tym.

Nastąpiła nowa pauza, tak długa i tak przykra, że Ania zmuszona była wreszcie podnieść wzrok. Twarz Gilberta była zupełnie biała, a oczy jego... — ale Ania zadrżała i odwróciła się. Nie było w tym nic romantycznego. Czy oświadczyny muszą być albo groteskowe, albo... straszne? Czy mogłaby zapomnieć kiedyś twarz Gilberta?

— Może kto inny...? — zapytał wreszcie Gilbert cicho.

— Nie, nie — rzekła Ania szybko. — Na nikim mi w ten sposób nie zależy... lubię cię więcej niż kogokolwiek innego na świecie, Gilbercie, i musimy... musimy pozostać nadal przyjaciółmi.

Gilbert roześmiał się gorzko.

— Przyjaciółmi! Twoja przyjaźń nie może mi wystarczyć, Aniu! Mnie trzeba twej miłości! A ty mi mówisz, że tego nigdy mieć nie będę!

— Przykro mi, wybacz mi, Gilbercie.

To było wszystko, co Ania zdołała powiedzieć. Gdzie, o, gdzie były te wszystkie wspaniałe przemowy, jakimi w duchu przywykła odmawiać swoim odtrąconym adoratorom?

Gilbert łagodnie wypuścił jej rękę.