Rozdział XXI. Wczorajsze róże

Owe dwa tygodnie, które Ania spędziła w Bolingbroke, upłynęły niezmiernie miło, z lekkim jednak posmakiem niezadowolenia i bólu, ilekroć myślała o Gilbercie. Ale nie miała wiele czasu na myślenie o nim. Mount Holly, piękne miejsce zamieszkania Gordonów, był pięknym domem, odwiedzanym często przez wesołych przyjaciół Fili. Cały ten okres składał się z nieustannych przejażdżek, tańców, zabaw i wycieczek wioślarskich organizowanych przez Filę. Oleś i Alfons tak wytrwale brali we wszystkim udział, iż Ania zastanawiała się, czy robili oni w ogóle coś innego poza ubieganiem się o względy błędnego ognika — Fili. Byli to dwaj ładni, męscy młodzieńcy, ale Ania nie chciała wydać opinii, który z nich był ładniejszy.

— A ja tak na ciebie liczyłam, że zadecydujesz, któremu z nich mam dać słowo! — ubolewała Fila.

— Musisz to sama uczynić; jeśli idzie o to, kogo inni mają poślubić, jesteś niezmiernie miarodajna — odpowiedziała Ania nieco zgryźliwie.

— O, to zupełnie inna sprawa! — wyznała Fila szczerze.

Najmilszym jednak zdarzeniem w czasie pobytu Ani w Bolingbroke były odwiedziny jej miejsca urodzenia, małego, starego, żółtego domku na odległej ulicy, o którym tak często marzyła. Z zachwytem przyglądała mu się, gdy weszły wraz z Filą przez bramę.

— Wygląda prawie zupełnie tak, jak go sobie wyobrażałam — rzekła. — Nie ma wprawdzie powojów nad oknem, ale jest bez hiszpański przy wrotach i... tak, w oknach są muślinowe firanki! Jaka jestem rada, że ten domek jest nadal pomalowany na żółto!

Bardzo wysoka i bardzo szczupła kobieta otworzyła drzwi.

— Tak, Shirleyowie mieszkali tu przed dwudziestu łaty — odpowiedziała na pytanie Ani. — Wynajęli ten dom. Przypominam ich sobie. Oboje zmarli jednocześnie na febrę. Strasznie to było smutne. Zostawili dzieciątko. Przypuszczam, że nie żyje już od dawna. Było to chorobliwe maleństwo. Poczciwy Thomas i jego żona przyjęli je, jakby nie mieli dość własnych dzieci.

— Nie umarłam — rzekła Ania z uśmiechem. — Ja byłam tym dzieckiem.