— Tadeuszu Keith, przestań gadać takie głupstwa! — rzekła Maryla surowo.

— To nie głupstwa — zaprotestował Tadzio tonem obrazy. — Ona jest moją poślubioną żoną, a gdy umrę, będzie moją poślubioną wdową, prawda? A nie ma ona nikogo, kto by się o nią zatroszczył, prócz swojej starej babki.

— Chodź, zjedz kolację, Aniu — rzekła Maryla — i nie zachęcaj dziecka do gadania głupstw.

Rozdział XXIII. Jasio nie może odnaleźć Ludku Skalnego

Życie w Avonlea było tego lata bardzo miłe, chociaż Ania często wśród radości wakacyjnej doznawała wrażenia, że utraciła coś, co właściwie powinno by tu być. Nie chciała przyznać, nawet w najintymniejszych myślach, że powodem tego uczucia była nieobecność Gilberta. Ale gdy musiała sama wracać do domu z zebrań kościelnych lub z burzliwych posiedzeń K. M, A., podczas gdy Diana z Alfredem i inne wesołe pary przechadzały się o zmroku po opromienionym światłem gwiazd gościńcu, doznawała w sercu dziwnego bólu osamotnienia, którego sobie nie umiała wytłumaczyć. Gilbert nie pisał do niej nawet, co przecież — jak sądziła — powinien był robić. Wiedziała, że od czasu do czasu pisywał do Diany, ale nie chciała jej o niego wypytywać, Diana zaś, która sądziła, że Ania otrzymuje od niego wiadomości, sama przez się o niczym jej nie informowała. Matka Gilberta, wesoła, szczera i serdeczna pani, nieposiadająca jednak za wiele taktu, miała zwyczaj wprawiać Anię w zakłopotanie, pytając ją zawsze w obecności gromadki młodzieży i zawsze głośno, czy miała ostatnio wiadomości od Gilberta. Biedna Ania mogła się tylko rumienić straszliwie i mruczeć: „Niezupełnie ostatnio”, co wszyscy, nie pomijając i samej pani Blythe, uważali za zwykłą wstydliwość dziewczęcą.

Nie bacząc jednak na to, spędzała Ania lato bardzo mile. Priscilla przybyła z wizytą w czerwcu, a gdy odjechała, przyjechali państwo Inving, Jasio i Karolina Czwarta na lipiec i sierpień.

Chatka Ech stała się znowu widownią zabaw, a echa nad rzeką miały wiele roboty, odbijając śmiechy, które brzmiały nieustannie w ogrodzie.

Panna Lawenda nie zmieniła się wcale, stała się tylko jeszcze słodsza i piękniejsza. Jasio ubóstwiał ją, a zażyłość ich sprawiała radosne wrażenie.

— Ale mimo to nie nazywam jej mamą — oznajmił Ani. — Ta nazwa należy się tylko mojej własnej, małej mateczce, nie mogę jej nadać nikomu innemu. Rozumie mnie pani przecież. Ale nazywam ją „mamą Lawendą” i poza ojcem najbardziej ją kocham. Nawet... nawet kocham ją troszeczkę więcej niż panią.

— Jak też być powinno — odpowiedziała Ania.