— Nie będę się z tobą spierała — rzekła Stella beznadziejnie.
Gilbert przychodził niekiedy w piątki. Zawsze wydawał się być w dobrym humorze i dotrzymywał innym kroku w żartach i docinkach. Towarzystwa Ani nie szukał szczególnie, ale go też nie unikał. Gdy się przypadkiem znaleźli razem, rozmawiał z nią uprzejmie i powściągliwie, jak z nową znajomą. Stara przyjaźń minęła zupełnie. Ania odczuwała to wyraźnie, ale powiadała sobie, że rada jest i wdzięczna Gilbertowi za jego zupełne przezwyciężenie rozczarowania w stosunku do niej. Obawiała się istotnie owego wieczora kwietniowego w ogrodzie, że go dotkliwie zraniła i że rana ta długo się będzie leczyła. Teraz widziała, że nie było powodu do uskarżania się na to. Wielu ludzi umarło już i robaki ich zjadły — ale nie umarli z miłości. Gilbertowi najwidoczniej nie groziło niebezpieczeństwo bliskiej śmierci. Zażywał życia i był pełen ambicji i werwy. On nie potrafił usychać z rozpaczy dlatego, że jakaś kobieta była piękna i zimna. Ania, przysłuchując się nieustannej paplaninie jego z Filą, zastanawiała się, czy nie wmówiła sobie tylko owego błysku w jego oczach, gdy mu powiedziała, że nigdy nie będzie jej na nim zależało.
Nie brakło takich, którzy chętnie zajęliby wakujące po Gilbercie miejsce. Ale Ania odtrącała ich zabiegi bez lęku. Gdyby właściwy „książę z bajki”’ nigdy nie miał przyjść, nie chciała zastępcy. Tak sobie powiedziała surowo owego szarego dnia w wietrznym parku.
Nagle spełniła się przepowiednia ciotki Jakubiny i deszcz lunął z poświstem. Ania otworzyła parasol i poczęła zbiegać ze zbocza. Gdy wbiegała na ulicę portową, dziki wicher powiał obok niej. W jednej chwili parasol jej wywrócił się na opak. Ania chwyciła z rozpaczą za druty. A potem... tuż obok niej rozległ się jakiś głos:
— Przepraszam, czy mogę pani zaofiarować swój parasol?
Ania podniosła wzrok. Wysoki, piękny i dystyngowany, z ciemnymi, melancholijnymi, niezgłębionymi oczyma, z melodyjnym, sympatycznym głosem, tak, prawdziwy bohater jej marzeń stał przed nią cieleśnie. Nie mógłby bardziej odpowiadać jej ideałowi, gdyby był nawet zrobiony na zamówienie.
— Dziękuję panu — odpowiedziała zmieszana.
— Może pośpieszymy do tego małego pawilonu na końcu ulicy? — zaproponował nieznajomy. — Możemy tam przeczekać, aż ulewa przeminie. Nie potrwa to pewnie długo.
Słowa te były zupełnie zwyczajne, ale ten ton! I ten uśmiech, który im towarzyszył! Ania czuła, że serce jej bije jak nigdy dotąd.
Pobiegli razem do pawilonu i bez tchu usiedli pod jego gościnnym dachem. Ania ze śmiechem podniosła swój wywrócony parasol.