— Gdy parasol mój wywraca się stroną wewnętrzną na zewnątrz, przekonuję się o złośliwości przedmiotów martwych — rzekła wesoło.
Krople deszczu padały na jej połyskujące włosy. Rozluźnione ich loki wiły się na jej szyi i czole. Policzki miała zarumienione, oczy rozszerzone i błyszczące. Towarzysz jej spoglądał na nią z uwielbieniem. Uczuła, że rumieni się pod jego spojrzeniem. Kim on mógł być? Na klapie jego płaszcza widniała biało-szkarłatna wstążeczka redmondzka. Dotychczas Ania sądziła, że zna przynajmniej z widzenia wszystkich studentów Redmondu, z wyjątkiem „nowicjuszów”. A ten uprzejmy młodzieniec z pewnością nie był „nowicjuszem”.
— Jak widzę, jesteśmy kolegami — rzekł, spoglądając z uśmiechem na barwy Ani. — Powinno by to właściwie wystarczyć jako powód do zawarcia znajomości. Nazywam się Royal Gardner. A pani jest ową panną Shirley, która niedawno podczas wieczoru filomackiego recytowała Tennysona, prawda?
— Tak, ale nie mogę sobie pana zupełnie przypomnieć — przyznała Ania otwarcie. — Na którym pan jest kursie, jeśli wolno zapytać?
— Mam wrażenie, jakbym jeszcze nie był na żadnym. Przed dwoma laty przerwałem studia w Redmondzie, przesłuchawszy tu dwa lata. Potem bawiłem w Europie. Teraz powróciłem, aby ukończyć studia.
— I ja jestem na trzecim roku — rzekła Ania.
— Więc jesteśmy nie tylko kolegami uniwersyteckimi, ale nawet z tego samego kursu. Pogodziłem się ze stratą tych dwóch lat, które pożarła szarańcza — rzekł jej towarzysz.
Deszcz lał nieustannie przez pół godziny. Ale czas ten wydał się Ani rzeczywiście bardzo krótki. Gdy chmury przerzedziły się i blade słońce listopadowe przedarło się przez nie, Ania i jej towarzysz ruszyli razem w stronę domu. Zanim stanęli przed bramą „Ustronia Patty”, nowy znajomy poprosił o pozwolenie odwiedzenia jej i otrzymał je. Ania weszła do domu z rozpalonymi policzkami, a serce jej biło mocno. Morusek, który skoczył jej na kolana i chciał ją polizać, spotkał się z bardzo obojętnym powitaniem. Ania, której dusza pełna była teraz romantycznego dreszczu, nie mogła zwrócić uwagi na kotka.
Tego wieczora doręczono w „Ustroniu Patty” paczkę dla panny Shirley. Było to pudełko zawierające tuzin wspaniałych róż. Fila natarczywie rzuciła się na wizytówkę, która wypadła z pudełka, i przeczytała nazwisko z poetyczną dedykacją, napisaną na drugiej stronie.
— Royal Gardner! — zawołała. — No, Aniu, nie wiedziałam, że znasz Royala Gardnera!