— Cieszę się, że możemy pozostać jeszcze rok w „Ustroniu Patty” — rzekła Stella. — Obawiałam się, że one powrócą. A wtedy nasze wesołe, małe gniazdko byłoby rozbite. A my, biedne, nieopierzone pisklęta, zostałybyśmy znowu wyrzucone w bezlitosny świat pensjonatów.
— Idę na spacer do parku — oznajmiła Fila, odkładając książkę. — Zdaje mi się, że gdy będę miała osiemdziesiąt lat, będę rada, że udałam się dzisiejszego wieczora na ten spacer.
— Co przez to rozumiesz? — zapytała Ania.
— Chodź ze mną, a powiem ci, moja droga.
Przechadzając się po parku, dziewczęta rozkoszowały się urokiem tego wieczora marcowego.
— Gdybym wiedziała, jak to zrobić, napisałabym teraz poemat o tym czarownym zachodzie słońca — oświadczyła Fila, gdy się zatrzymały na otwartym miejscu, gdzie różowy blask padał na zielone wierzchołki sosen. — Tak tu jest cudownie! Ta wielka cisza i te ciemne drzewa, które wydają się zawsze jak pogrążone w zadumie!
— Gdy przechodzę pod sosnami, czuję się zawsze tak bliska Bogu — odpowiedziała Ania.
— Aniu, jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie! — wyznała nagle Fila.
— Więc pan Blake oświadczył ci się jednak nareszcie? — zapytała Ania spokojnie.
— Tak, a ja w trakcie tego trzy razy kichnęłam. Czy to nie straszne? Ale powiedziałam „tak” prawie zanim skończył. Bałam się, że się jeszcze rozmyśli i urwie. Jestem pijana ze szczęścia. Trudno mi było rzeczywiście uwierzyć, że Januszowi spodoba się tak lekkomyślne stworzenie, jak ja.