Maryla mówiła z goryczą. Była boleśnie rozczarowana. Wiedziała, że Ania odmówiła Gilbertowi. Plotki awonlejskie rozniosły już tę wiadomość, nie wiadomo skąd. Może Karol Sloane domyślił się tego i domysł ten wypowiedział jako prawdę. Może Diana zdradziła to Alfredowi, a Alfred był niedyskretny. W każdym razie fakt ten był znany. Pani Blythe nie pytała już Ani przy ludziach ani na osobności, czy miała ostatnio wiadomość od Gilberta, lecz mijała ją z lodowatym skinieniem głowy. Ania, która zawsze lubiła wesołą i serdeczną matkę Gilberta, w duchu martwiła się z tego powodu. Maryla nie mówiła nic, ale pani Linde czyniła na ten temat wiele rozpaczliwych napomknięć, aż do czcigodnej tej damy doszła za pośrednictwem matki Moody’ego Spurgeona MacPhersona nowa plotka, że Ania ma teraz w uniwersytecie nowego „adoratora”, który jest zarazem i bogaty, i piękny, i dobry. Po otrzymaniu tej wiadomości pani Małgorzata powściągnęła język, chociaż w duchu pragnęła jeszcze, aby Ania przyjęła oświadczyny Gilberta. Bogactwo było bardzo pożądane, ale nawet praktyczna dusza pani Małgorzaty nie uważała go za rzecz jedynie ważną. Jeżeli piękny nieznajomy „podobał się” Ani bardziej niż Gilbert, nie było o czym mówić. Ale pani Małgorzata obawiała się bardzo, że Ania była na drodze do popełnienia błędu i poślubienia człowieka jedynie ze względu na pieniądze. Maryla znała Anię zbyt dobrze, aby się tego nie obawiać. Ale czuła, że w ogólnym planie coś się ponuro zepsuło.

— Co się ma stać, stanie się — rzekła pani Małgorzata posępnie. — A co się nie powinno stać, także się niekiedy staje. Mam nadzieję, że w sprawie Ani wszystko będzie dobrze, jeżeli Opatrzność nie pomiesza jej szyków.

Pani Małgorzata westchnęła. Obawiała się, że Opatrzność wmiesza się do sprawy, a ona sama bała się to uczynić.

Ania zeszła do Fontanny Driad i usiadła tam między wysokimi paprociami u stóp białej brzozy, gdzie w ubiegłych latach tak jawnie siadywała z Gilbertem. Po zakończeniu roku uniwersyteckiego Gilbert przyjął znowu pracę w gazecie, a w Avonlea było bez niego bardzo nudno. Nie pisywał do niej nigdy, a Ania odczuwała brak jego listów. Roy pisywał dwa razy tygodniowo. Listy jego były wyszukanymi kompozycjami. Ania, czytając jego listy, czuła się bardziej jeszcze zakochana w nim. Ale serce jej nigdy nie zadrgało na widok tych listów tak, jak pewnego dnia, gdy pani Hiramowa Sloane podała jej kopertę zaadresowaną prostym, czarnym pismem Gilberta. Ania pobiegła do domu do swojej facjatki i szybko otworzyła list. Znalazła w nim pisany na maszynie odpis sprawozdania jakiegoś stowarzyszenia uniwersyteckiego. Tylko to i nic więcej. Ania spokojnie przeszła przez pokój i usiadła przy stole, aby napisać niezmiernie piękny list do Roya.

Ślub Diany miał się odbyć za pięć dni. Szary dom Barrych pełen był wrzawy, gotowania, pieczenia i smażenia, gdyż wesele miało być huczne i staroświeckie. Ania miała być oczywiście druhną, co było umówione, gdy miały dwanaście lat, a Gilbert miał przyjechać z Kingsportu, aby być drużbą. Ania przeżywała podniecenie przygotowań, ale wśród tego wszystkiego trapił ją mały ból. Pod jednym względem traciła przecież swoją starą, drogą przyjaciółkę; nowy dom Diany będzie oddalony od Zielonego Wzgórza o dwie mile, a dawna, nieustanna zażyłość nie będzie mogła nigdy powrócić. Ania spoglądała na oświetlone okno pokoju Diany, przypominając sobie, jak przez wiele lat służyło im ono za drogę porozumiewania się; niezadługo zgaśnie w nim światło. Dwie wielkie, bolesne łzy wezbrały w jej oczach.

„O — pomyślała — jakie to okrutne, że ludzie muszą dorastać, żenić się i zmieniać!”

Rozdział XXIX. Ślub Diany

— Ostatecznie prawdziwymi różami są róże różowe — rzekła Ania, obwiązując bukiet Diany białą wstążką w zachodniej facjatce domu Barrych. — Są one kwiatami miłości i wierności.

Diana stała podniecona na środku swego pokoju, przystrojona w ślubną biel; czarne jej loki przyciśnięte były przez gazę białego welonu ślubnego. Ania upięła ten welon zgodnie z ich umową sprzed lat.

— Wszystko jest zupełnie tak piękne, jak sobie wyobrażałam niegdyś, myśląc o twoim nieuniknionym ślubie i naszej koniecznej rozłące — zaśmiała się. — Jesteś oblubienicą moich marzeń w „czarownym, powiewnym welonie”, Diano. A ja jestem twoją druhną. Ale niestety, nie mam bufiastych rękawów, chociaż te krótkie rękawy koronkowe są o wiele ładniejsze. Nie pęka mi też serce ani nie nienawidzę właściwie Alfreda.