— No, no, niech pani nie gada głupstw — odpowiedziała pani Skinner mile połechtana. — Niech pani zaczeka, powiem to Tomaszowi. Strasznie się zawsze cieszy, kiedy dostaję komplement. Wio, czarna kobyło! No, jesteśmy na miejscu. Mam nadzieję, że się pani będzie dobrze powodziło w szkole. Niedaleko do niej: na przełaj przez bagno za domem Janiny. Ale jeżeli pani pójdzie tą drogą, musi pani być bardzo ostrożna. Gdyby się pani zatrzymała w tym czarnym błocie, pogrążyłaby się pani od razu i nigdy by już pani nie ujrzała świata, aż do dnia sądnego. Wio, czarna kobyło!
Rozdział XXXI. List Ani do Filipy
„Moja kochana, najwyższy już czas, żebym do Ciebie nareszcie napisała. Jestem znowu nauczycielką wiejską, w Valley Road, mieszkam w «Zaciszu», w domu panny Janiny Sweet. Janina jest poczciwą i bardzo łagodną osóbką. Jest wysoka, ale nie za wysoka, silna, ale z pewnym umiarem kształtów. Ma piękne, miękkie, wijące się, kasztanowate włosy, przetykane nitkami siwizny, słoneczną twarz o różowych policzkach i wielkie, miłe oczy, błękitne jak niezapominajki. Poza tym jest jedną z owych wspaniałych kucharek, które ani krzty nie troszczą się o to, czy zepsują człowiekowi żołądek, póki mogą mu dawać smakowite, tłuste kąski.
Lubię ją i ona mnie lubi. Prawdopodobnie dlatego, że miała siostrę imieniem Ania, która młodo umarła. «Cieszę się, że panią widzę», powiedziała szorstko, gdy przybyłam do jej domu. «O Boże, nie wygląda pani ani trochę tak, jak się spodziewałam. Byłam pewna, że pani jest brunetką, moja siostra Ania była brunetką. A tymczasem pani jest ruda».
Przez kilka minut zdawało mi się, że Janina nie będzie mi się tak podobała, jak się początkowo spodziewałam, ale potem uświadomiłam sobie, że muszę być bardziej wyrozumiała i nie uprzedzać się do człowieka dlatego tylko, że nazwał moje włosy rudymi. Prawdopodobnie określenie «kasztanowe» nie istniało w ogóle w słowniku Janiny.
«Zacisze» jest miłą, małą posiadłością. Dom jest mały i biały i leży w przepięknej dolince, na uboczu od drogi. Między drogą a domem znajduje się ogród owocowo-kwietny. Droga do drzwi frontowych przystrojona jest muszlami. Mam miły, niewielki pokój, na wprost saloniku, dostatecznie duży, akurat dla mnie i mego łóżka.
Salonik jest mały i zaciszny. Jedyne jego okno zasłonięte jest przez wielką wierzbę, tak że pokój sprawia wrażenie groty o szmaragdowym półmroku. Na krzesłach są cudowne pokrowce, na podłodze dywaniki, a na okrągłym stole ułożone są starannie książki i widokówki. Wazony z suchymi trawami stoją na gzymsie kominka.
Na ogół bardzo tu jest miło i powiedziałam to Janinie. Polubiła mnie za to, podobnież jak znienawidziła biedną Elżunię, która oświadczyła, że cień jest niehigieniczny i nie chciała sypiać pod pierzyną. Ja się doskonale czuję pod pierzyną. Janina powiada, że miło jej patrzeć, jak jem. Obawiała się, że będę taka jak panna Haythorne, która nie chciała nic jeść prócz owoców i herbaty na śniadanie i starała się nakłonić Janinę, aby przestała piec i gotować. Elżunia jest w istocie miłą dziewczyną, ale jest trochę skłonna do kaprysów. Najgorsze, że nie posiada dość wyobraźni i cierpi na nieregularne trawienie.
Janina powiedziała mi, że jeśli będą mnie odwiedzali panowie, mogę używać salonu. Nie sądzę, abym miała wielu gości. Nie widziałam jeszcze w Valley Road młodzieńca prócz parobka z sąsiedztwa, Sama Tollivera, bardzo wysokiego, zgrabnego, płowowłosego chłopaka. Niedawno przyszedł wieczorem i siedział przez godzinę na płocie ogrodowym w pobliżu pokoju frontowego, gdzie Janina i ja zajmowałyśmy się naszymi ulubionymi robótkami. Jedyna uwaga, jaką wypowiedział dobrowolnie przez cały czas, była: «Może panienka chce mięty? To dobre na katar!».
Ale rozgrywa się tu jednak historia miłosna. Zdaje mi się, że przeznaczeniem moim jest bywać mniej lub bardziej czynnie wmieszaną w stare historie miłosne. Państwo Irving powiadają zawsze, że ja doprowadziłam ich małżeństwo do skutku. Ludwik Speed i Teodora Dix także by się pewnie nigdy nie pobrali, gdybym im nie dopomogła.