Ania usiłowała wyobrazić sobie panią Skinner w jakiejś romantycznej sytuacji, ale nie udawało się jej to.
— O! — rzekła znowu.
— Tak, bo widzi pani, jeszcze jeden mężczyzna starał się o mnie. Wio, czarna kobyło! Byłam wdową, a ludzie zrezygnowali już i nie spodziewali się, że wyjdę znowu za mąż. Ale gdy córka moja (jest ona nauczycielką jak pani) wyjechała do szkoły na Zachód, poczułam się rzeczywiście bardzo samotna i byłam wcale nie od tego45, żeby znowu wyjść za mąż. W tym czasie Tomasz zaczął do mnie przychodzić, tak samo jak i ten drugi, który nazywał się William Obadiah Seaman. Długo się nie mogłam zdecydować, którego wziąć, a oni ciągle chodzili i chodzili, a ja się ciągle trapiłam. Widzi pani, W. O. był bogaty, miał ładny dom i trzymał fason. Był na pewno lepszą partią. Wio, czarna kobyło!
— Więc dlaczego nie wyszła pani za niego? — zapytała Ania.
— Ano, widzi pani, nie kochał mnie — odpowiedziała pani Skinner uroczyście.
Ania szeroko otworzyła oczy i spojrzała na panią Skinner. Ale na twarzy tej damy nie było ani śladu humoru. Widocznie pani Skinner nie widziała w swoim przypadku nic zabawnego.
— Był wdowcem od trzech lat, a siostra prowadziła mu gospodarstwo. Potem wyszła za mąż, a on potrzebował kogoś, kto by się zajął jego domem. Warto się było zresztą zająć nim, niech mi pani wierzy. Ładny to dom. Wio, czarna kobyło! Co do Tomasza, to był ubogi, a jeśli nawet do domu jego nie kapało w pogodę, to jednak było to wszystko, co można było dobrego o tym domu powiedzieć, chociaż wygląda nieco malowniczo. Ale widzi pani, kochałam Tomasza, a na W. O. ani odrobinę mi nie zależało. Do tego wniosku doszłam sama. „Amelio Crowe”, powiedziałam sobie (mój pierwszy mąż nazywał się Crowe) możesz wyjść za bogatego, jeżeli chcesz, ale nie będziesz szczęśliwa. Na tym świecie ludzie nie mogą żyć razem bez odrobiny miłości. Lepiej zrobisz, jeżeli weźmiesz Tomasza, bo on ciebie kocha, a ty jego, i nikt inny nie da ci szczęścia”. Wio, czarna kobyło! Więc powiedziałam Tomaszowi, że go wezmę. Przez cały czas do ślubu nie ważyłam się przejeżdżać przez posiadłość W. O., z obawy, aby widok tego pięknego domu nie zachwiał mnie znowu w postanowieniu. Ale teraz w ogóle o tym nie myślę. I czuję się zupełnie dobrze i szczęśliwie z Tomaszem. Wio, czarna kobyło!
— A jak to przyjął William Obadiah? — zapytała Ania.
— O, wściekał się trochę. Ale teraz chodzi do jednej chudej starej panny w Millersville i zdaje mi się, że ona go niedługo weźmie. Będzie dla niego lepszą żoną niż jego pierwsza. W. O. nie chciał się z nią właściwie żenić. Oświadczył się jej, bo ojciec jego tego chciał, ale spodziewał się z pewnością, że ona powie „nie”. A tymczasem (niech pani uważa) ona powiedziała „tak”! I to było przykre położenie. Wio, czarna kobyło! Była wielką gospodynią, ale okropnie ordynarna. Ten sam kapelusz nosiła osiemnaście lat. Potem sprawiła sobie nowy, a gdy W. O. spotkał ją na gościńcu, nie poznał jej. Wio, czarna kobyło! Czuję, że mi się z tą sprawą udało. Mogłabym wyjść za niego i być bardzo nieszczęśliwa, jak moja biedna kuzynka Joanna. Joanna wyszła za bogatego człowieka, którego jednak nie kochała. I życie ma gorsze niż pies. W zeszłym tygodniu odwiedziła mnie i powiada: „Amelio Skinner, powiada, zazdroszczę ci. Wolałabym żyć w małej lepiance przy drodze z mężem, którego bym trochę mogła kochać, niż w moim wielkim domu z tym, którego mam”. Mąż Joanny nie jest taki zły, chociaż taki z niego pedant, że nosi futro w największy nawet upał. Jedyny sposób na niego, gdy się chce, żeby coś zrobił, to namawiać go, żeby zrobił akurat coś przeciwnego. Ale gdy nie ma miłości, która by łagodziła wszystko, kiepskie to małżeństwo. Wio, czarna kobyło! Oto posiadłość Janiny w dolinie, nazywa ją „Zacisze”. Bardzo malownicza, prawda? Myślę, że będzie pani bardzo rada wydostać się z tego wozu i spomiędzy worków, które uciskają panią ze wszystkich stron.
— Owszem, ale przejażdżka z panią była mi bardzo miła — rzekła Ania szczerze.