— Czas! — zawołała Janina z nieopisanym szyderstwem. — Miał go dwadzieścia lat! Ileż mu trzeba czasu?

— Czy pani chce przez to powiedzieć, że Jan Douglas odwiedza panią od dwudziestu lat?

— Tak, a nigdy nie wspomniał ani słowem o małżeństwie. Teraz nie wierzę już, aby to kiedykolwiek uczynił. Nigdy do nikogo nie powiedziałam ani słowa o tym, ale zdaje mi się, że ostatecznie muszę o tym komuś powiedzieć, bo inaczej oszaleję. Jan Douglas zaczął do mnie przychodzić przed dwudziestu laty, jeszcze przed śmiercią mojej matki. Przychodził stale i przychodził, a po pewnym czasie zaczęłam szyć i haftować rozmaite rzeczy. Ale on nigdy nie mówił o małżeństwie, tylko ciągle przychodził i przychodził. Nic nie mogłam zrobić. Matka umarła, gdyśmy chodzili ze sobą osiem lat. Myślałam, że teraz może przemówi, widząc, że zostałam sama na świecie. Był rzeczywiście taki poczciwy i współczujący i czynił wszystko, co mógł czynić, ale nigdy nie wspomniał o małżeństwie. I od tego czasu nic się już nie zmieniło. Ludzie ganią o to mnie. Powiadają, że nie chcę wyjść za niego, bo jego matka jest tak chora, i że nie chcę sobie zadawać trudu pielęgnowania jej. A ja bym tak chętnie pielęgnowała matkę Jana! Ale nie wyprowadzam ich z błędu, wolę, żeby mnie ganili, niż żeby mi współczuli. Takie to strasznie poniżające, że Jan nie chce mi się oświadczyć. A dlaczego nie chce? Wydaje mi się, że gdybym tylko znała właściwy powód, nie przejmowałabym się tym tak bardzo.

— Może matka jego nie chce, żeby się ożenił? — wtrąciła Ania.

— O, ona chce. Często mi mówiła, że chętnie by widziała, aby się Jan ożenił, zanim przyjdzie jej ostatnia godzina. Robi zawsze napomknienia, sama pani ostatnio słyszała. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię.

— To ponad moje siły! — oświadczyła Ania bezradnie. Pomyślała o Ludwiku Speedzie. Ale sprawy te nie były analogiczne. Jan Douglas nie był człowiekiem tego typu co Ludwik.

— Musi pani być odważniejsza, Janino — ciągnęła rezolutnie. — Dlaczego nie zerwała z nim pani już dawno?

— Nie mogłam — rzekła biedna Janina patetycznie. — Widzi pani, Aniu, zawsze go bardzo lubiłam. Mógł stale przychodzić albo nie przychodzić, gdyż nigdy nie było nikogo innego, kogo bym chciała. Więc to nie grało roli.

— Ale zmusiłoby go to do wypowiedzenia się, jak przystoi mężczyźnie — nalegała Ania.

Janina potrząsnęła głową.