Jan Douglas zatrzymał się, ale nie wrócił. Ania podbiegła do niego, chwyciła go za rękę i wolno pociągnęła do Janiny.
— Musi pan wrócić — rzekła błagalnie. — Wszystko to jest błędem, panie Douglas, to wszystko moja wina. Ja namówiłam Janinę, żeby tak postąpiła. Nie chciała tego, ale teraz już znowu wszystko dobrze, prawda, Janino?
Bez słowa ujęła go Janina pod ramię i odeszła. Ania szła za nimi osłabiona i wsunęła się do domu przez tylne drzwi.
— Pięknie się pani nadaje do pomagania komuś — rzekła Janina ironicznie.
— Nie mogłam inaczej postąpić, Janino — rzekła Ania ze skruchą. — Czułam się tak, jakbym się obojętnie przyglądała morderstwu. Musiałam pobiec za nim.
— O, taka jestem zadowolona, że pani to uczyniła! Kiedy ujrzałam, że Jan Douglas odchodzi, doznałam wrażenia, jakby owa reszta radości i szczęścia, która pozostała jeszcze w moim życiu, odchodziła wraz z nim. Okropne to było uczucie.
— Czy pytał panią potem, dlaczego to pani uczyniła? — spytała Ania.
— Nie, nie powiedział o tym ani słowa — rzekła Janina posępnie.
Rozdział XXXIV. Jan Douglas przemawia nareszcie
Ania nie traciła jednak słabej nadziei, że po tym wszystkim coś jednak nastąpi. Ale nic się nie stało. Jan Douglas przychodził i zabierał Anię na przejażdżki, odprowadzał Janinę z zebrań religijnych, jak czynił przez całe ubiegłe dwadzieścia lat i jak zdawało się, że będzie czynił jeszcze przez następne dwadzieścia lat. Lato mijało. Ania pracowała w szkole, pisywała listy i uczyła się nieco. Spacery jej do szkoły i ze szkoły były bardzo miłe. Szła zawsze przez trzęsawisko. Miłe to było miejsce. Bagnisty grunt z porosłymi mchem pagórkami. Srebrzysty strumień płynął tamtędy, a sosny stały prosto, z szarozielonymi konarami pokrytymi mchem.