Mimo to życie w Valley Road wydawało się Ani nieco monotonne. Zdarzył się co prawda jeden zabawny wypadek.

Wysmukłego, płowowłosego Sama z miętą nie widziała od owych wieczornych odwiedzin poza przypadkowymi spotkaniami na drodze. Ale pewnego gorącego wieczora sierpniowego Sam zjawił się i usiadł uroczyście na ławce przed sienią. Miał na sobie zwykłe ubranie robocze, składające się z połatanych spodni, niebieskiej koszuli, podartej na łokciach, i postrzępionego kapelusza słomkowego. Żuł źdźbło słomy, którego nie wypuszczał z ust, spoglądając uroczyście na Anię. Ania z westchnieniem odłożyła książkę i ujęła serwetkę, którą wyszywała. Konwersacja z Samem była rzeczywiście niemożliwa.

Po długim milczeniu Sam odezwał się wreszcie.

— Mieszkam tam obok — rzekł krótko, wskazując źdźbłem słomy w kierunku sąsiedniego domu.

— O, rzeczywiście? — zapytała Ania uprzejmie.

— Tak.

— A dokąd się pan teraz udaje?

— Ano, myślę trochę o tym, żeby założyć własny dom. Podoba mi się jeden w Millersville. Ale gdybym go wynajął, muszę mieć żonę.

— Tak mi się zdaje — rzekła Ania.

— Tak.