W tej szczęśliwej chwili zabrzmiał dzwonek. Nikt nie zwrócił na to uwagi, z wyjątkiem Fili, która zerwała się i otworzyła, oczekując chłopca z kapeluszem, który kupiła rano. Na progu stały pani Gardner i jej córki.

Ania podniosła się z trudnością, strząsając z kolan dwa rozgniewane koty i automatycznie przekładając kość z prawej ręki do lewej. Priscilla, która musiała przejść przez pokój, aby się dostać do kuchni, straciła głowę, schowała nieprzytomnie placek czekoladowy pod poduszkę na kanapie przy kominku i wbiegła na górę. Stella poczęła gorączkowo zbierać swój manuskrypt. Tylko ciotka Jakubina i Fila pozostały normalne. Im należało zawdzięczać, że wszyscy ostatecznie odzyskali równowagę, nawet Ania. Priscilla zeszła na dół bez fartucha i bez mąki na nosie, Stella doprowadziła swój kącik do porządku, a Fila uratowała sytuację potokiem zręcznej gadatliwości.

Pani Gardner była wysoka, szczupła i ładna, wytwornie ubrana, serdeczna w sposób nieco sztuczny. Alina Gardner była młodszym wydaniem matki, ale brak jej było właśnie owej serdeczności. Wysilała się, żeby być miła, ale udawało się jej tylko okazywać wyniosłość. Dorota Gardner była wysmukła i wesoła, nieco trzpiotowata. Ania wiedziała, że była to ulubiona siostra Roya, toteż odnosiła się do niej serdecznie. Byłaby bardzo podobna do Roya, gdyby miała ciemne, marzycielskie oczy zamiast figlarnych piwnych. Dzięki niej i Fili wizyta minęła bardzo dobrze, z wyjątkiem lekkiego uczucia naprężonej atmosfery i dwóch niemiłych wypadków. Morusek i Józek, pozostawieni sobie samym, rozpoczęli gonitwę, skoczyli dziko na jedwabne łono pani Gardner i zeskoczyli znowu w nieposkromionym galopie. Pani Gardner podniosła lorgnon49 i spojrzała za nimi, jakby nigdy jeszcze nie widziała kotów, Ania zaś stłumiła nerwowy uśmiech i jak mogła najuprzejmiej przeprosiła panią Gardner.

— Lubi pani koty — rzekła pani Gardner z lekką intonacją pobłażliwego zdumienia.

Ania, mimo całej sympatii, jaką miała dla Moruska, nieszczególnie lubiła koty, ale ton pani Gardner rozdrażnił ją. Przypomniała sobie w tej chwili, że pani Blythe bardzo lubiła koty i trzymała ich tyle, ile tylko pozwalał jej mąż.

— To bardzo miłe zwierzątka, prawda? — rzekła figlarnie.

— Nigdy nie lubiłam kotów — oznajmiła pani Gardner niedbale.

— Ja je lubię — rzekła Dorota. — Takie są ładne i egoistyczne. Psy są za dobre i za mało samolubne. Czuję się przy nich nieswojo. Koty zaś są niezwykle ludzkie.

— Ma pani tam dwa cudowne porcelanowe pieski. Czy mogę je obejrzeć z bliska? — zapytała Alina, zbliżając się do kominka i stając się przy tym nieświadomie powodem drugiego przypadku. Podnosząc Magoga, usiadła na poduszce, pod którą Priscilla schowała placek czekoladowy. Priscilla i Ania wymieniły zatrwożone spojrzenia, ale nic nie mogły poradzić. Alina siedziała nadal na poduszce, rozprawiając o psach porcelanowych aż do chwili odejścia.

Dorota pozostała jeszcze chwilę w pokoju, aby uścisnąć Ani rękę i szepnąć jej impulsywnie: