— Nie opowiedziałaś Ani ostatniej nowiny o Jance — podpowiedziała Maryla.
— O, Janka! — rzekła pani Linde. — No — dodała zawistnie — Janka Andrews wróciła znowu w zeszłym tygodniu do domu i ma wyjść za jakiegoś milionera z Winnipeg. Możesz być pewna, że matka jej nie traciła czasu, aby o tym wszystkim opowiedzieć.
— Poczciwa, kochana Janka! Tak się z tego cieszę — rzekła Ania serdecznie. — Zasługuje ona na najlepsze w życiu.
— O, nic przeciwko temu nie mogę powiedzieć. Janka jest bardzo miłą dziewczyną. Ale nie nadaje się ona do klasy milionerów, a przekonasz się, że człowiek ten niewiele ma zalet prócz swoich pieniędzy. O to właśnie idzie! Pani Andrews powiada, że jest Anglikiem, który zrobił moc pieniędzy w kopalniach. Ja sądzę jednak, iż okaże się, że jest Jankesem. Oczywiście musi mieć pieniądze, gdyż zasypał Jankę klejnotami. Jej pierścionek zaręczynowy to kupa brylantów tak wielka, że wygląda jak plaster na tłustej łapce Janki.
Pani Linde nie mogła się wyzbyć goryczy w głosie. Oto Janka Andrews, głupia gąska, zaręczyła się z milionerem, gdy Ania, jak się zdawało, nie miała jeszcze na widoku nikogo, bogatego czy ubogiego. A pani Andrews pyszniła się niemożliwie.
— Co się stało Gilbertowi w uniwersytecie? — zapytała Maryla. — Widziałam go w zeszłym tygodniu: jest taki blady i chudy, że ledwo go poznałam.
— Pracował przez ostatnią zimę z wielkim wysiłkiem — rzekła Ania. — Wiesz przecież, że zdobył pierwsze odznaczenie w przedmiotach klasycznych i nagrodę Coopera. Nagrody tej od pięciu lat nikt nie otrzymał. Łatwo więc zrozumieć, że jest trochę wyczerpany. Wszyscyśmy53 trochę zmęczeni.
— Ale ty w każdym razie skończyłaś uniwersytet, a Janka Andrews nie skończyła go i nigdy nie skończy — rzekła pani Linde z ponurym zadowoleniem.
Gdy minęło kilka wieczorów, Ania poszła z wizytą do Janki, która jednak pojechała do Charlottetown54, aby „sobie posprawiać trochę garderoby”, jak oznajmiła z dumą jej matka. „Oczywiście krawcowe awonlejskie nie wystarczają Jance w obecnych warunkach”.
— Słyszałam o Jance coś bardzo miłego — rzekła Ania.