Jak z sosen igły strząśnięte... ”24
— zacytował Gilbert. — Czy nie uważasz, Aniu, że sprawiają one, iż nasze małe ambicje wydają się jeszcze mniejsze?
— Sądzę, że gdyby nawiedziło mnie jakieś wielkie strapienie, przyszłabym do tych sosen po pociechę — odpowiedziała Ania z rozmarzeniem.
— Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz miała wielkiego strapienia — rzekł Gilbert, który nie potrafił połączyć wyobrażenia strapienia z ożywioną, wesołą istotą, idącą obok niego, nie wiedząc, że ci, co wznosić się mogą na najwyższe wyżyny, spadają też w najgłębsze niziny, i że te natury, które najsilniej odczuwają rozkosz, najsilniej też doznają bólu.
— Ale kiedyś musi przyjść — zadumała się Ania. — Życie wydaje mi się teraz niby puchar rozkoszy, podniesiony do moich warg. Ale w pucharze tym musi być jakaś gorycz: jest ona w każdym kielichu. I ja będę musiała kiedyś zakosztować goryczy. Mam nadzieję, że będę dość silna i odważna, aby ją powitać, i mam nadzieję, że jeśli się to kiedyś stanie, to nie z mojej własnej winy. Czy pamiętasz, co doktor Davis mówił ostatniej niedzieli? Że te strapienia, które zsyła nam Bóg, muszą nam przynieść pociechę i siłę, podczas gdy te, które sami sobie gotujemy przez głupotę i złość, są najtrudniejsze do zniesienia. Ale nie mówmy o troskach, gdy popołudnie jest tak piękne. Jest ono stworzone dla radosnej rozkoszy życia!
— Gdyby to ode mnie zależało, usunąłbym z twego życia wszystko prócz szczęścia i radości, Aniu — rzekł Gilbert tonem, który oznaczał: „niebezpieczeństwo zbliża się”.
— W takim razie byłbyś bardzo niemądry — odpowiedziała Ania szybko. — Jestem pewna, że życie ludzkie nie może być pełne i dojrzałe bez doświadczeń i trosk, chociaż przypuszczam, że zgadzamy się z tym wtedy tylko, gdy nam się dobrze wiedzie. Chodź, tamci doszli już do pawilonu i kiwają na nas.
Usiedli wszyscy w małym pawilonie, obserwując wspaniały jesienny zachód słońca.
— Wracając do domu, idźmy aleją Spofforda — zaproponował Gilbert. — Obejrzymy sobie wszystkie te „piękne domy”, gdzie mieszkają bogacze. Aleja Spofforda jest najpiękniejszą ulicą w Kingsporcie. Kto nie jest milionerem, nie może na niej budować.
— O, chodźcie — zawołała Fila. — Jest tam cudowne miejsce, które chciałabym ci pokazać, Aniu. Ten domek nie został zbudowany przez milionera. Jest to pierwszy dom po wyjściu z parku i wzrósł zapewne wtedy, gdy aleja Spofforda była jeszcze drogą wiejską. Wzrósł, nie został zbudowany! Nie interesują mnie te wspaniałe domy, zbyt są nowe i zbyt błyszczące. Ale ten mały domek jest jak marzenie, a jego nazwa... ale zaczekaj, aż go zobaczysz.