— Jakie głupstwa wygadujesz, Aniu! — zaśmiała się Diana. — Wyjdziesz doskonale za mąż, za przystojnego i bogatego chłopca, a najpiękniejszy nawet pokój gościnny w Alvonlea nie będzie dość piękny na przyjęcie ciebie. Wobec wszystkich przyjaciół młodości będziesz zadzierała nosa.
— Szkoda by było, mój nosek jest dość ładny i zdaje mi się, że zadzieranie zniekształciłoby go — rzekła Ania, głaszcząc ten kształtny organ. — Nie mam tak wielu ładnych rysów, aby sobie pozwolić na szpecenie tych, które mam. Gdybym więc nawet wyszła za króla Wysp Kanibalów, przyrzekam ci, że wobec ciebie nie zadzierałabym nosa, Diano.
Z ponownym wesołym śmiechem dziewczęta rozstały się, Diana wróciła do Pochyłego Sadu, Ania skierowała się do urzędu pocztowego. Czekał tam na nią list, a gdy Gilbert Blythe spotkał ją przy moście ponad Jeziorem Lśniących Wód, oczy jej błyszczały z radosnego podniecenia.
— Priscilla Grant jedzie także do Redmondu — zawołała Ania. — Czy to nie cudownie? Spodziewałam się tego, ale ona nie liczyła, że jej ojciec pozwoli. Pozwolił jednak i będziemy razem mieszkały. Czuję, że mając u boku taką koleżankę jak Priscilla, mogłabym stawić czoła całej armii ze sztandarami lub wszystkim profesorom Redmondu w bojowej falandze.
— Sądzę, że polubimy Kingsport — rzekł Gilbert. — Opowiadano mi, że jest to piękne, stare miasteczko i posiada najpiękniejszy naturalny park7 na świecie. Słyszałem, że są tam wspaniałe widoki.
— Ciekawam8, czy będą... czy mogą być ładniejsze niż ten — odpowiedziała Ania, rozglądając się dokoła rozmiłowanym, zachwyconym wzrokiem ludzi, dla których dom jest zawsze najpiękniejszym miejscem w świecie, bez względu na to, jakie czarowne kraje mogą się jeszcze znajdować pod obcymi gwiazdami.
Oparli się o poręcz pomostu nad starym stawem, wdychając głęboko aromat zmierzchu, w tym samym miejscu, gdzie Elaina wyratowała się niegdyś z barki9. Czarujący szkarłat kłoniącego się słońca barwił jeszcze zachodnią połać nieba, ale księżyc wzeszedł już i woda spoczywała w jego blasku niby wielki, srebrny sen. Wspomnienie spowiło dwie młode istoty w słodki i subtelny czar.
— Taka jesteś milcząca, Aniu — rzekł wreszcie Gilbert.
— Boję się mówić lub poruszać się, z obawy, aby ten cały cudowny urok nie rozwiał się niby zmącone milczenie — szepnęła Ania.
Gilbert położył nagle rękę na białej, delikatnej dłoni spoczywającej na poręczy pomostu. Jego piwne oczy tonęły w mroku, jego chłopięce jeszcze wargi rozchyliły się, aby wypowiedzieć marzenia i nadzieje przenikające jego duszę, ale Ania szybko cofnęła rękę i odwróciła się. Czar zmroku prysnął dla niej.