Tadzio jeszcze raz rzucił na nią niedowierzające spojrzenie, potem cichym głosem wypowiedział owo okropne słowo. W następnej chwili ukrył twarz na jej piersi.

— O Aniu, nigdy już tego nie powtórzę, nigdy. Nigdy nie będę potrzebował tego mówić. Wiedziałem, że to było złe, ale nie przypuszczałem, że to było tak... tak... nie przypuszczałem, że to było tak złe.

— Nie, nie sądzę, abyś to kiedykolwiek musiał powtórzyć, Tadziu, albo myśleć o tym. I na twoim miejscu nie obcowałabym z chłopcem od pana Harrisona.

— Ale on zna takie wspaniałe okrzyki wojenne — rzekł Tadzio z lekkim ubolewaniem.

— Ty jednak nie potrzebujesz nabijać sobie głowy złymi słowami, Tadziu, słowami, które cię zatrują i zniszczą w tobie wszystko dobre i szlachetne.

— Nie — rzekł Tadzio z namysłem.

— Więc nie przebywaj w towarzystwie ludzi, którzy ich używają. A czy teraz czujesz się zdolny do modlitwy, Tadziu?

— O tak — rzekł Tadzio, przyklękając gorliwie. — Teraz mogę się modlić. Teraz nie lękam się powiedzieć: „Gdybym miał umrzeć, zanim się zbudzę”, jak lękałem się, gdy mnie korciło to słowo.

Diana i Ania prawdopodobnie otworzyły przed sobą wzajemnie tej nocy dusze, ale po zwierzeniach ich nie pozostało ani śladu. Przy śniadaniu wyglądały obie tak świeżo i promiennie, jak tylko młodość wyglądać może po niedozwolonych godzinach marzenia i wyznań. Do tego czasu nie padał jeszcze śnieg, ale gdy Diana w drodze do domu mijała stary most z bali, poczęły spadać białe płatki, unosząc się nad polami i lasami, stojącymi szaro i brunatnie w swoim śnie bez marzeń. Po krótkim czasie odległe pagórki i stoki spowiły się w przejrzyste zasłony, jak gdyby blada jesień rozpięła nad nimi biały welon, czekając na swego zimowego oblubieńca. Boże Narodzenie było więc jednak białe, a był to dzień wielkiej radości. Przed południem nadeszły listy i podarki od panny Lawendy i Jasia. Ania otworzyła listy w wesołej kuchni Zielonego Wzgórza, napełnionej tym, co Tadzio, pociągając z ekstazą nosem, nazywał „pięknymi zapachami”.

— Panna Lawenda i pan Irving urządzili się już w swoim nowym domu — opowiedziała Ania. — Jestem przekonana, że panna Lawenda czuje się zupełnie szczęśliwa, poznaję to z tonu jej listu, ale jest tam i dopisek Karoliny Czwartej. Jej się Boston zupełnie nie podoba i tęskni okropnie. Panna Lawenda prosi, abym będąc teraz w domu, poszła kiedyś do Chatki Ech, rozpaliła ogień i przewietrzyła chatkę, żeby poduszki nie zbutwiały. Namówię chyba Dianę, żeby tam ze mną poszła w przyszłym tygodniu. Będziemy mogły spędzić wieczór z Teodorą Dix. Chciałabym zobaczyć Teodorę. A propos, czy Ludwik Speed odwiedza ją jeszcze?