— Oto koniec mojej ambicji literackiej — rzekła gorzko.

Wobec pana Harrisona nie wspomniała o tym wydarzeniu, ale pewnego wieczora zapytał on ją sam, czy opowiadanie jej zostało przyjęte.

— Nie, wydawca nie chciał go przyjąć — odpowiedziała Ania krótko.

Pan Harrison spojrzał z ukosa na zarumieniony profil dziewczynki.

— Będziesz chyba pisała dalej — rzekł zachęcająco.

— Nie, nigdy już nie spróbuję pisać — oznajmiła Ania z beznadziejną stanowczością lat dziewiętnastu.

— Ja bym jednak nie zrezygnował — rzekł pan Harrison w zadumie. — W wolnym czasie pisałbym nadal opowiadania, ale nie narzucałbym się z nimi wydawcom. Pisałbym o ludziach i miejscowościach znanych mi, a bohaterom swoim kazałbym mówić językiem potocznym; i pozwoliłbym słońcu wschodzić i zachodzić w zwykły sposób, nie robiąc z tego powodu wielkiego hałasu. Gdybym w ogóle miał do czynienia ze ludźmi złymi, dałbym im możność poprawy, Aniu: dałbym im możność poprawy. Bywają co prawda zupełnie źli ludzie na świecie, ale musiałabyś ich dobrze poszukać, chociaż pani Linde sądzi, że wszyscy jesteśmy źli. Większość z nas jednak ma w sobie także coś dobrego. Pisz dalej, Aniu.

— Nie, bardzo głupio było z mojej strony próbować. Gdy skończę Redmond, pozostanę przy nauczycielstwie. Uczyć umiem. Ale pisać nie potrafię.

— Gdy skończysz Redmond, czas będzie, abyś znalazła męża — rzekł pan Harrisom. — Nie jestem zwolennikiem odkładania małżeństwa, jak to ja uczyniłem.

Ania wstała i poszła do domu. Bywały chwile, gdy pan Harrison był rzeczywiście nieznośny. „Obić”, „wałęsać się”, „znaleźć męża”. Och!!