— Wypatroszyć by ją! — wybuchnął Tadzio.
— O, Tadziu, nie klnij — szepnęła Tola zmieszana.
— „Wypatroszyć” to jeszcze nie prawdziwe przekleństwo, a jeżeli nawet, to też nic sobie z tego nie robię — rzekł Tadzio obojętnie.
— No dobrze, jeżeli już musisz mówić złe słowa, to nie mów ich przynajmniej w niedzielę!
Tadzio daleki był jeszcze od skruchy, ale w głębi duszy czuł, że może posunął się odrobinę za daleko.
— Muszę sobie wymyślić jakieś własne przekleństwo! — oznajmił.
— Bóg cię za to ukaże — rzekła Tola uroczyście.
— W takim razie Bóg jest złym starcem — odpowiedział Tadzio. — Czyż nie wie, że każdy chłopiec musi mieć jakiś sposób na wyrażenie swoich uczuć!
— Tadziu!!! — zawołała Tola. Spodziewała się, że Tadzio padnie teraz trupem na miejscu. Ale nic podobnego się nie stało.
— W każdym razie nie ścierpię dłużej, żeby pani Linde nadal mnie dręczyła — wybuchnął Tadzio. — Ania i Maryla mają do tego prawo, ale ona nie. Będę teraz robił wszystko, czego mi ona nie pozwala, uważaj.