— Tadziu! Jeżeli to zrobisz... — zawołała Ania, spostrzegając swój błąd.

— Przecież sama powiedziałaś — zaprotestował Tadzio urażony.

— Czas już, żebyś się położył spać — zadecydowała Ania, ratując się z kłopotliwej sytuacji.

Ułożywszy Tadzia do snu, Ania ruszyła ku Wyspie Wiktorii, gdzie siedziała samotnie, zalana poświatą księżyca, podczas gdy wody szemrały dokoła niej w czarownym duecie fali i wiatru. Ania lubiła zawsze ten potok. Niejedną nić marzenia snuła dawniej nad jego wodami. Zapomniała teraz o zakochanych młodzieńcach i o zgryźliwych słowach złośliwych sąsiadów, i o wszystkich zagadnieniach swego dziewczęcego życia. W wyobraźni żeglowała przez dalekie morza, obmywając odległe, lśniące wybrzeża „nieznanej ziemi”, gdzie leżą opuszczona Atlantyda12 i Elizjum13, żeglowała pod wieczorną gwiazdą przewodnią ku Krainie Tęsknoty Serca. I w marzeniach tych była bogatsza, aniżeli w rzeczywistości; gdyż rzeczy widzialne przemijają, niewidzialne zaś trwają wiecznie.

Rozdział II. Girlandy jesieni

Następny tydzień minął szybko, pod natłokiem niezliczonych „ostatnich spraw”, jak je Ania nazywała. Trzeba było składać i przyjmować wizyty pożegnalne, miłe lub niemiłe, zależnie od tego, czy goście lub odwiedzani odnosili się do nadziei Ani życzliwie, czy też uważali, iż pyszni się zanadto spodziewanym wyjazdem do uniwersytetu i poczytywali sobie za obowiązek „przykrócić jej cugli”.

K. M. A.14 urządziło wieczorową zabawę pożegnalną na cześć Ani i Gilberta w domu Józi Pye; miejsce to wybrano z jednej strony dlatego, że dom pana Pye był bardzo obszerny i wygodny, z drugiej strony, ponieważ obawiano się, że córki pana Pye nie chciałyby wziąć w zabawie udziału, gdyby nie zgodzono się na zaofiarowane przez nie miejsce uroczystości. Był to bardzo miły wieczór, zwłaszcza że panny Pye zachowały się uprzejmie, nie mówiąc ani czyniąc niczego, co mogłoby zepsuć harmonię zabawy, co nie zgadzało się z ich nawyknieniami. Józia była niezwykle miła, tak dalece, że rzekła nawet wyrozumiale do Ani:

— Wcale ci nieźle w nowej sukni, Aniu. Rzeczywiście, wyglądasz w niej prawie ładnie.

— To bardzo uprzejmie z twojej strony — odpowiedziała Ania z roześmianymi oczyma. Jej zmysł humoru rozwinął się, a słowa, które w czternastym roku byłyby ją uraziły, teraz stanowiły pożądaną strawę dla jej wesołości. Józia podejrzewała, że Ania śmiała się z niej za jej złymi oczyma, ale ograniczyła się do szepnięcia Bercie, że Ania Shirley jeszcze bardziej zadrze teraz nosa niż dawniej, gdyż jedzie przecież na uniwersytet — zobaczysz!

Zebrała się cała „stara paczka”, pełna radości i humoru, i młodzieńczej swawolności. Diana Barry, różowa, z dołeczkami, w towarzystwie swego wiernego Alfreda; Janka Andrews, miła, rozsądna i szczera; Ruby Gillis, w swej najstrojniejszej kremowej bluzce jedwabnej z czerwonymi geraniami15 w złotych włosach; Gilbert Blythe i Karol Sloane, obaj starając się trzymać jak najbliżej wymykającej się Ani; Carrie Sloane, blada i melancholijna, gdyż — jak opowiadano — ojciec jej nie pozwalał Oliverowi Kimballowi zbliżać się do niej; Moody Spurgeon MacPherson, którego okrągła twarz i odstające uszy były tak samo okrągłe i odstające jak zwykle; i Bill Andrews, który przez cały wieczór siedział w kącie, chichotał, gdy ktoś do niego mówił, i z uśmiechem na szerokiej, piegowatej twarzy śledził wzrokiem Anię Shirley.