Ania wiedziała zawczasu o zabawie, ale nie wiedziała, że to ona i Gilbert, jako założyciele Koła, mieli być obdarzeni bardzo pochlebnym „adresem”16 i „dowodem uznania” w postaci tomu tragedii Szekspira dla niej i wiecznego pióra dla Gilberta. Była tak zaskoczona i uradowana miłymi słowami wypowiedzianymi w adresie, odczytanym przez Moody’ego Spurgeona głosem tak uroczystym i patetycznym, że łzy zgasiły iskry w jej wielkich, szarych oczach. Pracowała dla K. M. A. ciężko i wiernie, toteż sprawiło jej istotną radość, że członkowie tak szczerze ocenili jej wysiłki. A wszyscy byli tak mili i uprzejmi, i weseli — nawet panny Pye przyczyniły się do tego. W tej chwili Ania kochała cały świat.
Wieczór spędziła niezmiernie miło, ale zakończenie zepsuło prawie wszystko. Gilbert znowu popełnił błąd i przy kolacji na werandzie, pod blaskiem księżyca, powiedział Ani coś sentymentalnego. Aby go ukarać, Ania była bardzo uprzejma dla Karola Sloane’a i pozwoliła mu odprowadzić się do domu. Przekonała się jednak, że zemsta nikogo tak bardzo nie rani, jak tego, kto jej dokonuje. Gilbert odszedł wesoło z Ruby Gillis, a Ania słyszała ich głośny śmiech, gdy szli powolnie w cichym, świeżym powietrzu jesiennym. Spędzali widocznie czas bardzo miło, podczas gdy ona nudziła się śmiertelnie z Karolem Sloane’em, który mówił nieustannie, ale nigdy nie powiedział ani słowa, które by warte było słuchania. Ania od czasu do czasu wtrącała bez związku „tak” lub „nie” i myślała o tym, jak pięknie wyglądała Ruby dzisiejszego wieczora, jak wybałuszone były oczy Karola w świetle księżyca, bardziej jeszcze niż za dnia, i że świat nie był jednak tak pięknym miejscem, jak sądziła przedtem podczas zabawy.
„Jestem zanadto zmęczona, to wszystko” — pomyślała, gdy się wreszcie z radością znalazła sama w swoim pokoju. I szczerze wierzyła, że tak jest.
Ale strumień radości, jakby z nieznanego, ukrytego źródła, trysnął z jej serca, gdy następnego wieczora ujrzała Gilberta, jak mocnym, szybkim krokiem nadchodził z Lasu Duchów, mijając starą kładkę. Więc Gilbert nie chciał jednakże spędzić ostatniego wieczora z Ruby Gillis!
— Wyglądasz na zmęczoną, Aniu — rzekł.
— Jestem zmęczona, gorzej jeszcze, jestem zniechęcona. Jestem zmęczona, ponieważ przez cały dzień pakowałam swoją walizkę i szyłam. Jestem zniechęcona, ponieważ sześć kobiet złożyło mi dzisiaj pożegnalne wizyty, a każda z nich starała się powiedzieć mi coś takiego, co odbierało życiu jasne barwy i pozostawiało je tak szarym, posępnym i bezradosnym jak ranek listopadowy.
— Złośliwe staruchy! — wyjaśnił Gilbert wytwornie.
— O nie, to nie złośliwość — odparła Ania poważnie. — I to jest właśnie najgorsze. Gdyby były złośliwe, nie zważałabym na nie. Ale wszystkie one są poczciwymi, uprzejmymi, macierzyńskimi duszami, które mnie lubią i które ja lubię, i właśnie dlatego wszystko, co mówiły lub napomykały, miało tak wielką wagę. Dawały mi do zrozumienia, że uważają za nierozumne z mojej strony wyjeżdżać do Redmondu, aby zdobyć stopień naukowy. Od tej chwili zastanawiam się, czy rzeczywiście nie jestem głupia. Pani Piotrowa Sloane westchnęła i oświadczyła, iż ma nadzieję, że zdrowie moje wytrzyma do końca studiów; i nagle ujrzałam się jako beznadziejną ofiarą nerwowego przygnębienia pod koniec trzeciego roku nauki; pani Ebenowa Wright oznajmiła, że pobyt w Redmondzie przez cztery lata musi moc kosztować; i natychmiast zrozumiałam, że błędem nie do przebaczenia było z mojej strony trwonić pieniądze Maryli i moje własne na takie szaleństwo; pani Kacprowa Bell wyraziła nadzieję, że nie dam się przez uniwersytet zepsuć, jak się to z wieloma ludźmi dzieje; i uczułam natychmiast w kościach, że pod koniec czwartego roku pobytu w Redmondzie stanę się niemożliwą istotą, wmawiającą sobie, że wie i umie wszystko i spoglądającą z góry na wszystko i wszystkich w Avonlea; pani Eliza Wright oznajmiła, że jej zdaniem wszystkie dziewczęta z Redmondu, zwłaszcza z Kingsportu, stroją się bardzo, i domyślała się, że nigdy nie będę się czuła dobrze między nimi; i natychmiast ujrzałam się w duchu jako odtrącona, zaniedbana, pokorna dziewczyna wiejska, krocząca po wykładowych salach Redmondu w podkutych trzewikach.
Ania zakończyła ze śmiechem, pomieszanym z westchnieniem. Wobec jej wrażliwej natury wszelkie zarzuty miały zawsze wagę, nawet zarzuty ludzi, z których zdaniem mało się liczyła. W tej chwili życie nie miało dla niej uroku, a amibcja zgasła jak świeca.
— Z pewnością nie liczysz się z tym, co powiedziały — zaprotestował Gilbert. — Wiesz doskonale, jak ciasne są ich poglądy na życie, chociaż są poczciwymi istotami. Uczynić coś, czego one nigdy nie robiły, to dla nich grzech śmiertelny. Jesteś pierwszą dziewczyną w Avonlea jadącą na uniwersytet. A wiesz przecież, że wszystkich pionierów uważa się za szaleńców.