— Nie mogę — rzekła Ruby boleśnie. — Nawet jeżeli tak jest, jak mówisz (a nie możesz być tego pewna, może to być tylko twoje wrażenie), nawet jeżeli tak jest, to jednak niebo nie jest tym samym, co ziemia. Nie może być tym samym. Ja chcę żyć nadal tutaj. Jestem taka młoda, Aniu! Jeszcze nie użyłam życia. Tak ciężko walczyłam, żeby żyć i nic mi to nie pomoże, muszę umrzeć: porzucić wszystko, na czym mi zależy.
Ania siedziała w silnym przygnębieniu. Nie mogła się zdobyć na pocieszające kłamstwa, wszystko, co mówiła Ruby, było okropną prawdą. Musiała porzucić wszystko, na czym jej zależało! Skarby jej znajdowały się tylko na ziemi. Żyła tylko dla drobnych spraw życia — dla spraw przemijających, zapominając o wielkich sprawach, trwających w wieczności.
Ruby uniosła się na ramieniu i wzniosła piękne, błękitne oczy ku opromienionemu światłem księżyca niebu.
— Chcę żyć... — rzekła drżącym głosem — chcę żyć jak inne dziewczęta, chcę... chcę wyjść za mąż, Aniu... i... i mieć małe dzieci... Wiesz przecież, Aniu, jak kochałam zawsze dzieci. Nikomu prócz ciebie nie mogłam tego powiedzieć. Wiem, że mnie rozumiesz... A poza tym... biedny Herbert. On mnie kocha i ja jego także kocham, Aniu. Inni byli dla mnie niczym, ale on... gdybym mogła żyć, byłabym jego żoną i czułabym się tak szczęśliwa! O, Aniu, jakie to straszne!
Ruby opadła z powrotem na poduszkę i załkała konwulsyjnie. Ania ze współczuciem ujęła jej rękę, co bardziej może pomogło Ruby, niż by to uczyniły urywane słowa, gdyż natychmiast uspokoiła się nieco, a łkanie ustało.
— Jestem zadowolona, że ci to powiedziałam, Aniu — szepnęła Ruby — pomogło mi to, że wypowiedziałam to wszystko. Przez całe lato nosiłam się z tym zamiarem, ilekroć przychodziłaś, chciałam z tobą o tym mówić: ale nie mogłam. Miałam wrażenie, że śmierć stałaby się nieodwołalna, gdybym mówiła z kimś o tym, że muszę umrzeć, albo gdyby ktoś o tym napomknął. Nie chciałam tego mówić, ani myśleć nawet o tym. W dzień, gdy otaczali mnie ludzie, nietrudno było nie myśleć o tym, ale w nocy, gdy nie mogłam spać, było to okropne, Aniu! Śmierć przychodziła i patrzała mi w twarz, byłam tak przerażona, że omal nie krzyczałam...
— Ale nie będziesz się tego więcej lękała, Ruby, prawda? Będziesz dzielna, będziesz wierzyła, że wszystko będzie dobrze!
— Spróbuję... pomyślę o tym, co mówiłaś, i spróbuję w to uwierzyć. A ty będziesz do mnie przychodziła, jak często tylko będziesz mogła, prawda, Aniu?
— Tak, moja kochana.
— To... to już niedługo potrwa, Aniu... Czuję to teraz z pewnością. A wolałabym mieć przy sobie ciebie niż kogokolwiek innego. Zawsze najwięcej mi się podobałaś ze wszystkich dziewcząt, z którymi chodziłam do szkoły. Nigdy nie byłaś zazdrosna ani brutalna, jak niektóre z nich. Biedna Emilka White przyszła mnie wczoraj odwiedzić. Przypominasz sobie przecież, że Emilka i ja byłyśmy tak bliskimi przyjaciółkami przez trzy lata pobytu w szkole? A podczas koncertu szkolnego poróżniłyśmy się. Odtąd nigdy ze sobą nie mówiłyśmy. Czy to nie było głupie? Teraz wydaje mi się to głupie, ale pogodziłyśmy się wczoraj. Emilka powiedziała, że od dawna już chciała się ze mną pogodzić, ale myślała, że ja nie chcę... Ja zaś nigdy się do niej pierwsza nie odezwałam, gdyż byłam przekonana, że ona nie będzie chciała ze mną mówić. Czy to nie dziwne, że ludzie nie rozumieją się wzajemnie, Aniu?