— Zawsze zostaje jakaś niedokończona robota — rzekła pani Linde ze łzami, gdy jej Ania o tym opowiedziała — ale zdaje mi się, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ją dokończy.
— Jak trudno jest nam zrozumieć, że ktoś, kogośmy kochali, nie żyje — rzekła Ania, gdy powracała z Dianą do domu. — Ruby jest pierwszą z naszych koleżanek szkolnych, która nas na wieki opuściła. Wcześniej czy później, pójdziemy za nią wszystkie, jedna po drugiej.
— Tak... — szepnęła Diana.
Nie chciała o tym mówić. Wolałaby omawiać szczegóły pogrzebu — wspaniałą, białą trumnę, na którą nalegała pani Gillis („Gillisowie zawsze muszą robić wiele hałasu, nawet przy pogrzebie” — powiedziałaby pani Małgorzata Linde), smutną twarz Herberta Spencera, nietłumiony, histeryczny ból siostry Ruby — ale Ania nie chciała o tych rzeczach mówić.
— Ruby Gillis była wielką śmieszką — rzekł nagle Tadzio. — Czy w niebie będzie się też tyle śmiała, co w Avonlea, Aniu? Chciałbym to wiedzieć.
— Tak, myślę, że się będzie śmiała — rzekła Ania.
— O, Aniu — zaprotestowała Diana z nieco wymuszonym uśmiechem.
— Dlaczego nie, Diano? — rzekła Ania poważnie. — Czy sądzisz, że w niebie nie będziemy się śmiać?
— ...ja... ja... nie wiem — wybełkotała Diana. — Ale nie wydaje mi się to jednak zupełnie słuszne. Wiesz przecież, że w kościele tak trudno jest się śmiać.
— Ale niebo nie będzie zawsze takie jak kościół — rzekła Ania.