—Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje się nie dobrze—niech Pan idzie ze mną.

—Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.

Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował się, co ma zrobić. Patrzył mi badawczo w twarz—miał ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:

—Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, to jeszcze nie tej nocy.

Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem jeszcze długo, dygocąc z zimna rannego.

Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli nasiąkało światłem, błękitniało, aż powlekło się złotem i czerwienią. Z przepychu tego ulicom dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, w której bez blasku płonęły żółte latarnie. I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice, straszne i bardziej martwe niż w nocy, kiedym wieszał na nich swoje widma. Ale widziałem już dość, a nim doszedłem do końca ulicy, rozświetliło się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. I oto siedzę w swym pokoju w szarym brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.

Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, nie byłbym tak zmęczony, bezsilny. Poprostu z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. Mimo chłodu, oblewa mię pot. Stopy mam poodbijane, ranne i w karku jakieś osłabienie, schylenie, żar, jakąś chęć rzucenia się na wznak, aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na czemś twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa we mnie jakby na śmierć i znicestwia się.

Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad oczami memi trzepotać się będzie, jakby szelestem skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli—i te, które szydzą i te, które płaczą, i te które przeklinają. I zanim zasnę, słuchać będę tych myśli: i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły, bo od zbawienia uciekłem—i tej płaczącej, która przypomni, żem nędzny—i tej przeklinającej, która spyta: czemu, czemu?—i odpowie, że cudzych losów zagadkowy skręt, to jest moja nędza.

A! Spijmy...

Dnia 12 stycznia.