Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, bom sam zbrodniarz, bo on mnie duszą swoją zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że tak być musi, że na duszę też przyjść może zaraza? Marnej choroby, tyfusu lub ospy strzeżemy się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami widzimy; a z dotknięć zbrodni—tego krwawego karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści i zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak psy przed widmem, wiążemy go, sprowadzamy do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli, najzacniejszych ojców rodzin posyłamy i każemy im iść w tę zarazę.

I narażać musiałem to, co mam najświętszego—czystość swoją, nie dla bliźnich, lecz dla słowa, dla bezkształtnego bałwana, dla sprawiedliwości. Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? Ta, przed którą zawinił, już zgniła i może błogosławi mu z nieba. A ja obcy, ja, którybym go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział nawet, i dwunastu takich jak ja, poszliśmy i zabiliśmy go...

Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, aby zaczesać włosy i odrazu zobaczyłem, jak jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, te same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył—dziedzictwo po przodkach naszych dzikich. I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, jak szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec gdziebądź, gdzie nie ma zwierciadeł, nie ma szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie można! Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze mną i każda twarz ludzka była mu zwierciadłem. Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał we mnie zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, że go kara nie dosięgnie. Wiem dobrze, żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam szanowny obywatel. Bo dusze nasze są wolne. Świat do myśli się nie wtrąca; byle czyny dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? Kto pomyślał o zbrodni, może być zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach zbrodni ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; korzeni nie dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone badyle ranimy się, jak o stalowe rżyska.

Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki Bogu umarła. Ale, gdyby żyła, czyż nie zabiłbym jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę ją sobie tu, pod moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, kto?

A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, choć płakałem po niej, czyż codzień nie wpychałem je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem jej wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem jej serce. Pułkowski zabijał minutę, ja—lat 30. He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy chciałem, aby tą siekierą, której udźwignąć nie mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan czy Bóg—wszystko jedno! A przecież nie kląłem jej, kochałem ją; zdawała mi się tylko, jak każdemu, raz za złą, raz za głupią, raz za starą, i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, inną; nie chciałem je; mieć taką, jaką była, chciałem, żeby ta istniejąca, ta żywa, ta matka, żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; lecz śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś wierzy?

Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy na skałę lecą, a nietoperze o miękkich skrzydłach u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy mają w oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają kręgi nisko, a gdy na ziemię spadną, chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury kochał, kto silniej do skały się rwał, czy sęp, który na niej siedział, czy nietoperz, który na nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, że ja, że my. I pod ciężarem wiedzy tej upadam.

Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem ich, kolegów przysięgłych, uśmiechniętych, zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już jad w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, świadomości nie zmącił—cóż to znaczy; wybuchnie. Osłabiony jestem, praca mnie wycieńczyła, więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie kolej.

Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz rozumiem. Jeszcze wczoraj nie mogłem odgadnąć jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, a dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, jego męczarnią się męczę.

On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu dniach otworzą się drzwi i kat go poprosi, żeby wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć w każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, godzin do oglądania słońca, może zliczyć, ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli wolno, wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. W każdej chwili powiedzieć sobie może: oto np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl moja; a że nie chce kończyć, lęka się myśleć, lęka się tej następnej myśli, która już trzysta szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, nie żyje. Czy tak, czy tak umiera.

Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża go do grobu, i chociażby z czasem całą siłą woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. To też spadają one jednostajne, nieubłagane, zimne, wolne. Tak, bo czas mu wolno płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak cienkie, że wydłuża mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, lecz jeśli niteczka taka, cienka niteczka pęknie—to jego śmierć.