Ale nie to jest straszne.

Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy i czuje. Każda chwila zdaje się żelaznym ciężarem, który na wieko jego trumny—spada i dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka uszy i głowę w poduszkę chowa, ale głos ten słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy ton łączy się z echem poprzednich i biją coraz dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza rozkołysana ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. O żelazne chwile!

I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na nagą kość z góry padają krople, pluszcza i zalewają mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, dwa, trzy... raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie może. On szaleje, lecz umrze. Ja szaleję... a pewno żyć będę.

Myśli moje, zostańcie zemną!!

Dnia 16 maja.

Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę wyjść z pokoju, nic prawie nie jem, głowę mam rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim pod kluczem, że z nim razem przed śmiercią... konam. Żona jest niespokojna; chciałaby posłać po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi. Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. Ja nie mogę, nie powinienem mieć dzieci. Dzwony w uszach dzwonią; krople spadają i pluszczą, pluszczą, pluszczą.

Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się lękam, jeśli wiem, że nie umrę na szubienicy? czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? Ale umrzeć mogę, zabić mogę! Chciałbym oszaleć!

Dnia 18 maja.

Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, niż dotąd pojąć mogłem. Teraz ona jest bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w tem, że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam się zbliża; to byłaby rozkosz jeszcze. Śmierć czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze ku niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak grzechotnik na spętaną czarem wiewiórkę, utkwiła w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów tych wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, że żadna wola nie pomoże, że próżno szamotać się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, ściągnie.

Choć chwilę snu!