—Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy żonkosiu—żonkosiem stale mnie nazywali—o tem mówić, jeszcze się pogniewa i obrazi.
—Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany.
—Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.
—Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek—miałem dobrze w głowie.
—Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie.
—Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do ... Loli. [»]Loli« wrzasnął prawie na całe gardło.
Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze. Przeszedłem ich oczekiwania.
—Pojadę z wami, rzekłem.
Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko. Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony.
—Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę. Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...