Pocałowaliśmy się.
Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z rozczulenia przez całą drogę.
Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni: pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz nas—siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które, niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich, kto to taki.
—Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat podobno i adwokat.
—Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał.
Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości—to on.
Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu. Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia gimnazyum.
Przedstawiłem się.
Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę. Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i we włosach nad skronią—czego nie mogłem [dostrzec] z tyłu—przeświecała gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.
To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie. Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano. Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog—ważna figura w gimnazyum—który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.