—Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło.
Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła do siebie.
—Pójdę spać, rzekła do Jerzego.
—Dobrze, odpowiedział jej krótko.
Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę, zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy, głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał.
Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą.
—Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok...
—Starczyło już na pięć lat.
—Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną, która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować, młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...
—I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie. Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych kołnierzach i kaftanach duszę!