—Śliczna ty moja—szepnął.

Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła mu jednak usta dłonią. Od dotknięcia tej ręki gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. Rumieniec ją oblał. Odwróciła od niego oczy, czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, chciwy.

—Nie patrz na mnie, nie patrz...

Uniósł się na rękach i schował głowę na jej piersiach; w skroniach i czole czuł dreszcz i ciepło.

Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie nieco i patrząc prosząco, a zalotnie w oczy, powiedziała pieszczotliwie:

—Kochany mój, nie... nie, drogi.

I pocałowała go w usta.

Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł obok niej.

—Chodźże bliżej.

Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, który był rzucił na ziemię, zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.