—Lubię patrzeć w niebo.

Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.

Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna. Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok starał się dostrzedz... nieskończoności.

Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda ciężary.

Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu się, że nie potrafi już sobą ruszyć—ale w dreszczach ciała czuł za to pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest sam i milcząc, pogrążał się w rozkosz unicestwienia.

Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła mu oczy ręką.

—Co widzisz teraz?—zapytała go z uśmiechem w głosie.

—Krew twoją.

—Bardzo czerwona?

—O nie, różowa ledwo, jak...—Urwał.